Miłość i inne przystawki...

moja osobista, zupełnie nie dietetyczna wizja życia pełnego miłości

Wpisy

  • czwartek, 05 stycznia 2012
    • Niezłe ciacho. O tym, dlaczego szafa stoi blisko kuchni...

      Jest kilka rzeczy, które potrafi mnie zdenerwować. I choć nie wszystkich z nich da się uniknąć, zdecydowanie powinnam odmówić sobie tzw. „przyjemności wyprzedaży”. Stoję w kolejce (a wiadomo ile się stoi w kolejce podczas wyprzedaży) i zastanawia mnie, czy da się „zrobić kobietę” w jeden dzień. Nie, nie jest to mój pomysł. Dziewczyna o pięknych, niebieskich oczach opowiadała swej towarzyszce wystarczająco głośno pełne zachwytu plany: „dziś zrobię się na bóstwo. Padnie z wrażenia”. Szkoda tylko, że to morze w tęczówce miała zaraz zalać falą cekinów. Trzymała też szpilki. I chcę wierzyć, że naprawdę potrafi w nich chodzić, bo nie wiem, kto pierwszy „padnie”: ten, dla którego to robi, czy ona sama - takie były wysokie.

       Nie jestem terrorystką. Ale chętnie zrobiłabym spaghetti z myśli tłoczących się w głowie tych wszystkich wspaniałych kobiet, którym ktoś kiedyś powiedział, że jak przygniecie je moda, to staną się widoczne. Widzieliście kogoś zachwycającego się pięknem opakowania kanapek z Mc’Donald's? (nie mówię o samych kanapkach, bo jednak instynkt głodu może zrobić swoje ;) Albo szukaliście kiedyś drugiej takiej samej muszelki na plaży?  Nie. Bo prawda jest taka, że naszą uwagę przyciąga to, czego mózg wcześniej nie widział. A druga prawda jest taka, że przyjemność naszego umysłu wiąże się z rzeczami, które odzwierciedlają naszą osobowość, niepowtarzalną osobowość. ...Nawet w kolejce podczas wyprzedaży wierzę, że wszystkie te dziewczyny są wyjątkowe. Tylko z niewiadomych przyczyn pomyliły narzuconą im na wystawach modę ze stylem, który noszą w sobie.


       

      Wiecie, kiedy gotowanie zaczęło mi przynosić największą radość? A raczej, kiedy zaczęło mi przynosić radość? Kiedy mama zostawiła mnie samą w kuchni. Oczywiście wcześniej musiałam nauczyć się od niej wielu tajników. I wiele jej rad nadal wykorzystuję. Ale dopiero odkrycie, że gotowanie to wyrażanie swoich uczuć dało mi radość z kuchni. Rozumiecie? Nie chodzi o to, żeby idealnie odmierzyć składniki. Chodzi o to, żeby wykorzystać swoją energię, emocje, wyobraźnię. Tak, abyście mogli czuć się jak kompozytor całej orkiestry, a nie jedynie odczytujący nuty. Jest garnek, łyżka, przepis. Da się go przyrządzić z drobną umiejętności, których każdy może się nauczyć. Z pewnością jednak nie da się poczuć satysfakcji ze zrobionego dania, jeśli nie będziecie wiedzieć, że jest choć odrobinę "wasze".

      Życie uczy gotowania, gotowanie życia. Szkoda kupować tę stertę ciuchów, tylko dlatego, że są tańsze i podobne nosiła jakaś znana osoba. Dlaczego wszystkie kobiety miałyby wyglądać tak samo. Moda to jedynie przepis kulinarny. Tym, co jest prawdziwe to styl. Tak, jak dobrze przygotowana potrawa, styl roztacza swój niepowtarzalny „zapach” wokół, przyciąga uwagę, intryguje. Jeśli chcesz ugotować coś wspaniałego, nie inspirujesz się przecież kanapką z fast foodów. Dlaczego więc, chcąc wyglądać dobrze, kupujesz to, co akurat właśnie w styczniu 2012 roku ktoś założy w jakiejś sieciówce na manekin? Napijcie, się dobrej kawy/ herbaty/ wina i pomyślcie kim jesteście, co lubicie, co WAS WYRÓŻNIA? I dopiero idźcie do kuchni, ruszcie na zakupy. Będąc sobą, będziecie szczęśliwsi!

       

       

      Dzisiejszy wpis niekoniecznie będzie jasny dla Panów. Widzę ich częściej w kawiarniach centrum handlowych, podczas gdy ich kobiety szaleją z wieszakami. Choć i im czasem udziela się bezsensowny stres bycia modnym. Ale wierzę Panowie, że prawdziwi faceci są na to odporni. I zachowają swój styl. Nie wiem, jak inne Panie sądzą, ale dla mnie jesteście bardziej męscy ze szklaneczką leciwej whisky, niż ze świeżutkim katalogiem mody męskiej u boku.

       Ale się rozpisałam! Pora na przepis. Przygotowany niegdyś w mojej kuchni przez mężczyznę, który naprawdę dobrze wygląda gotując, a oglądanie go w tej roli to relaksujący widok. Zero stresu, autentyczność. Nie potrzeba mi więcej dowodów na to, że warto być sobą. W kuchni, w życiu. 

      Przepis prosty, szybki. Wymaga jedynie dobrych składników. Ale kto powiedział, że to muszą być tylko takie składniki? Weźcie przepis, dodajcie siebie i zróbcie jedzonko. Amen. 

       Pasta di tonno:

      Gotujemy makaron al dente. Odsączamy tuńczyka z puszki ( w zalewie własnej lub oleju, koniecznie kawałki, zapomnijcie w ogóle o „tuńczyku rozdrobnionym” - ohydztwo) Wrzucamy na patelnię, chwilkę podsmażamy, dodajemy śmietanę ( więcej niż 12% mniej niż 36%) i podgrzewamy na wolnym ogniu, aż zgęstnieje. W trakcie mieszania dodajemy suszone oregano, sól, pieprz do smaku i jeśli macie ochotę, magiczny składnik zwany "cotamchcecie" :). Łączymy z makaronem.

      

      http://www.youtube.com/watch?v=0RUZpOsL1JQ&feature=share

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      slowikjustyna
      Czas publikacji:
      czwartek, 05 stycznia 2012 02:18
  • sobota, 24 grudnia 2011
    • Zawsze wtedy.

      Zdumiewa mnie pewien świąteczny fakt, o którym nie wszyscy chcą pamiętać. Święta Bożego Narodzenia to na wskroś religijna uroczystość. Od dwóch tysięcy lat! I nikt się nie oburza, nie protestuje, nie pali kalendarzy. Prawie wszyscy się angażują, kupują prezenty, śpiewają (jeśli nie kolędy, to przynajmniej Michaela: Georga czy Buble'a ;)) Miłość! Jest w każdym z nas, niezależnie od tego, czy wierzymy w jej Źródło. A miłość ma to do siebie, że musi się realizować.

       

      Zastanawialiście się kiedyś, co takiego było w stajence w małej wiosce pod Jerozolimą? Z pewnością nie było tam suto zastawionego stołu, najmodniejszej choinki i wyjątkowo trafionych prezentów. Nie było też starannie dobranych strojów, odpowiedniej muzyki i w ogóle wszystkiego dopiętego na ostatni guzik. Ale było coś, co przebija to wszystko! Nie gardzi, ale właśnie przebija! Była MIŁOŚĆ! Prosta, prawdziwa, szczera, czekająca. Taka miłość, przy której pasterze nie wstydzili się swojej "niewyjściowości", która była tak niezwykła, że wyciągnęła nawet królów z ich wygodnych pałaców i kazała IŚĆ przed siebie. I wierzyć w światło Gwiazdy.

      Życzę Wam, by ta Miłość przepełniła Wasze serca. I byście nieśli ją dalej. Reszta to tylko przystawki :)

       

      Zawsze, ilekroć uśmiechasz się do swojego brata i wyciągasz do niego ręce,

      jest Boże Narodzenie.

      Zawsze, kiedy milkniesz, aby wysłuchać, jest Boże Narodzenie.

      Zawsze, kiedy rezygnujesz z zasad, które jak żelazna obręcz uciskają ludzi w ich samotności,

      jest Boże Narodzenie.

      Zawsze, kiedy dajesz odrobinę nadziei tym, którzy są przytłoczeni ciężarem fizycznego, moralnego i duchowego ubóstwa, jest Boże Narodzenie.

      Zawsze, kiedy rozpoznajesz w pokorze, jak bardzo znikome są twoje możliwości i jak wielka jest twoja słabość, jest Boże Narodzenie.

      Zawsze, ilekroć pozwolisz by Bóg pokochał innych przez ciebie,

      zawsze wtedy jest Boże Narodzenie. 

      /Matka Teresa z Kalkuty/

      (zdj favim)

      http://www.youtube.com/watch?v=SZVCPJLO1K4&feature=related

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      slowikjustyna
      Czas publikacji:
      sobota, 24 grudnia 2011 14:41
  • czwartek, 22 grudnia 2011
    • Serdeczna rozrzutność

      Jak tam Kochani? Sprzątanie, gotowanie, kupowanie prezentów, powrót do domu? Trzymacie jeszcze świąteczne tempo?

      Przestraszyłam się, gdy zobaczyłam datę ostatniego wpisu. Mój grudzień można by porównać do Ferrari! Czerwony, błyskotliwy, cieszący niewypowiedzianie i pędzący z nieokiełznaną prędkością. Wczoraj w pociągu, wracając do rodzinnego domu zrobiłam pewne podsumowanie: w grudniu byłam już na 5 "wigiliach", upiekłam 216 muffinek i 360 pierniczków i 17 razy odwiedziłam sklepy w celu zakupienia prezentów! Szaleństwo. Ale kocham to! :)

      Cieszy mnie niezmiernie ta cieniutka warstwa śniegu! Padające śnieżynki mają na mnie zbawienny wpływ. Zresztą nie tylko na mnie. Zgodnie z moimi znajomymi twierdzimy, iż śnieg powoduje, że bieganina świąteczna trochę zwalnia, siadamy bliżej siebie, a kubek nawet najzwyklejszej herbaty z cytryną czy imbirem na progu jest wspaniałym podarunkiem

       

      Choć nie wiem, ile wysiłku włożylibyśmy w przygotowanie Świąt, nastrój tworzą tylko te prezenty, wypieki i przyjęcia, które czynimy prosto z serca. A że okres Bożego Narodzenia nie sprzyja ascezie, nie zamierzam przejmować się, że z czymś przesadzę i śmiało ruszam za głosem serca.

       

      Bardzo lubię świąteczne rytuały w moim rodzinnym domu. W pewnym sensie są one takie "nasze". Tworzą wzajemną bliskość i ustalają rytm Świąt. Co roku rano w Wigilię wraz moim tatą i siostrami udajemy się do cukierni, by odebrać zamówione ciasta i zatrzymać się na "małe co nieco". Tak było już wówczas, gdy byłyśmy małe. Bardzo praktyczne! Mama miała w domu trochę czasu dla siebie, a my (małe wystrojone dziewczynki z kolędami w głowie i gałązkami jemioły w ręku) byłyśmy zachwycone widokiem biegających z prezentami i choinkami ludźmi na ulicy, no i oczywiście serdeczną rozrzutnością taty! Poruszcie swoją wyobraźnię, a na pewno wymyślicie coś, co sprawi, ze ten czas będzie taki naprawdę "wasz"! Nie skomercjalizowany, ale właśnie "wasz". Mam nadzieję, że wiecie, o co mi chodzi... ;)

      Jeśli chodzi o mnie, postanowiłam w tym roku przygotować małe paczuszki z wypieczonymi pierniczkami, przyczepić do nich karteczki z cytatami, fragmentami Pisma Świętego i pozwolić, by każdy wylosował swoją w wigilijny wieczór. Zdobienie pierniczków to niezła zabawa, choć przyznam się Wam szczerze, że poszukiwanie kolorowych pisaków z lukrem wymagało ode mnie w tym roku nie lada refleksu i myśliwskich zdolności :) A właśnie! Jak tam wasze ciasto do pierniczków, o którym pisałam niedawno? Leży jeszcze grzecznie w lodówce? A więc do dzieła: wyjmujemy, rozwałkowujemy, wycinamy wzorki ( gwiazdeczki, serduszka, choinki, aniołki - im więcej foremek, tym więcej radości!) i pieczemy 10-15 min w piekarniku nagrzanym do 180stC z termoobiegiem. *jeśli chcecie powiesić je na choince, nie zapomnijcie zrobić dziurki.

      Boże Narodzenie w "szklance"

      Czy można przerzucić kartkę dalej, gdy w kucharskiej książce spotykamy napis: "Boże Narodzenie w szklance"? Nie można, a radość potęguje fakt, że to bardzo banalny przepis z oczywistych składników! Jamie Olivier, bo o jego przepis chodzi, postanowił kiedyś nie zmarnować obfitości mandarynek w tym okresie, wycisnął z nich sok, dodał listki mięty, w wersji dla dorosłych wino musujące i podał schłodzony... kto się skusi?

      http://www.youtube.com/watch?v=47hSOAN7SOI

      (Zdjęcia:favim.com)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      slowikjustyna
      Czas publikacji:
      czwartek, 22 grudnia 2011 21:53
  • wtorek, 06 grudnia 2011
    • dospotkania, dopowiedzenia, dopocałowania.

      O czym myślicie wychodząc z kina po romantycznej komedii? Hmm.. chyba się domyślam. Prawie wszyscy marzymy, że nasze życie stanie się kiedyś takie… niebanalne. W filmie wszystko wydaje się ciekawsze, barwniejsze, trafniejsze ( no chyba, że trafiliście na film z cyklu Tarantino lub „zabili go i uciekł”:).

      Widzę jednak pewną prawidłowość… każdy film, którego zadaniem jest ogólna poprawa nastroju widza, wprowadzenie go w stan rozmarzenia czy chociaż relaksu, kończy się spotkaniem, a raczej dospotkaniem, dopowiedzeniem, dopocałowaniem. Bohaterowie stawiają kropkę nad i, wychodząc naprzeciw skrywanym uczuciom, niewyznanym słowom i niedokończonym uściskom….

      Otwierają się na ludzi, bez których ich życie nie nadawałoby się na komedię romantyczną.

       

       

      Moim zdaniem jesteśmy w stanie stworzyć tylko taki świat, jaki potrafimy sobie wyobrazić. Jeśli widzicie siebie w roli wiecznie samotnych pochłaniaczy szybkiego jedzenia, szybkich spotkań i krótkich znajomości, wasze życie ( choćbyście wydali na nie majątek) nigdy nie będzie prawdziwe.

      Bo prawdziwe nie jest kino, ale to, co ono mówi: do szczęścia potrzebni nam są inni. Nawet jeśli nie zawsze łatwo nam się otworzyć. I oto tadam! Choć nie jestem wróżką, a tym bardziej reżyserką czy Mikołajem, wiem, jak powiedzieć coś, czego nie potrafimy wyznać, pokazać ten ukrywany skrawek duszy: Ugotujcie coś innym! Albo z nimi! Wyobraźnia i serce, a nie książka kucharska… czy ja nie mówiłam o tym już na początku bloga? ;)

       

      Pierwszym wymyślonym przeze mnie przepisem kulinarnym były muffiny czekoladowe. Dawno to było… Do dziś pozostają niezdradzoną tajemnicą, gotowe by załagodzić smutek lub rozjaśnić pochmurny dzień.

      Na myśli po romantycznych komediach ( a jestem pewna, że każdy je ma!) zróbcie jednak gruszkowo- imbirowe. Imbir ma cudownie kojącą moc, gruszka to dla wielu smak dzieciństwa… czy muszę Was nadal przekonywać, że te małe cudeńka w papierowych sukienkach złamią każdą królową czy króla o lodowym sercu …:)

                                        Muffiny gruszkowo- imbirowe   

      Mieszamy 250 g mąki, 2 łyżeczki proszku do piecz, 230g cukru i 1,5łyżeczki mielonego imbiru. W innej misce łączymy 150 ml jogurty naturalnego, 2 jajka, 125 ml oleju, łyżkę miodu. Wszystkie składniki mieszamy, dodajemy 2 dojrzałe, obrane i pokrojone w kosteczkę gruszki. Pieczemy ok. 20 min w temp 200st C.

       

      http://www.youtube.com/watch?v=V1bFr2SWP1I

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      slowikjustyna
      Czas publikacji:
      wtorek, 06 grudnia 2011 23:40
    • Spadek napięcia

      Widziałam, padał dzisiaj o 6 śnieg w Warszawie!

      Spieszyłam się na roraty, gdy tramwaje stanęły z powodu "spadku napięcia"

      Mądre tramwaje! Życzę Wam wszystkim "spadku napięcia". Zatrzymajcie się dla siebie i dla innych.

      Mój Mikołaj był w tym roku wyjątkowo wrażliwy na moje potrzeby: czekał z kubkiem kawy z cynamonem, ukochaną malinową czekoladą, czymś dla ciała, czymś dla ducha.... :) Przygotował ukochanego Bubla i podrzucił bilety do kina na wieczór ... Dziękuję Mikołaju :)

      Podobno miłość mnoży się, gdy się ją dzieli... Więc szybciutko! Ciepłe buty na nogi, rękawiczki, czapka i ruszajcie, każdy może pomóc Mikołajowi;)

      (fot. http://favim.com/image)

      

      Dzisiaj słucham:):

      http://www.youtube.com/watch?v=lkN5M-nJx6A

      http://www.youtube.com/watch?v=crFQpOCDfEc

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      slowikjustyna
      Czas publikacji:
      wtorek, 06 grudnia 2011 08:09
  • niedziela, 04 grudnia 2011
    • zatrzymaj się. poczuj.

      Nie wiem, czy czujecie podobnie, ale mam wrażenie, jakby cała przyroda zatrzymała się na chwilkę. Stanęła w pośpiechu przygotowań do zimy, w zawirowanym gubieniu liści i …czeka. Na co? Chyba na to co ja i wielu moich znajomych. Czeka, aż za oknem, czy na rozgrzanym policzku, a może na czarnym tle nieba pojawi się jeden biały płatek, potem kolejny, i następny. Jakby iskrzące gwiazdki spadały na ziemię z nieba…

      Jest jakaś magia w oczekiwaniu. Wszystko wokół zdaje się współpracować. Czekanie na dzwonek do drzwi, na ciasto w piekarniku, na widok ukochanej osoby. Zawsze przed Świętami oczekuję Coca-Coli z Mikołajem i tzw. „lodowych czekoladek” importowanych z Niemiec, które pamiętam jeszcze z dzieciństwa. Czekam, aż ujrzę bliskich i przyjaciół, i na moment, kiedy mandarynki osiągną ten wspaniały zapach. I samo czekanie jest już świętowaniem.

      W tej atmosferze wybrałam się na przejrzenie świątecznej oferty sklepów. Najszybszy ekspres do kawy, krem z błyskawicznym efektem opalania, syntetyczne ciasto z pudełka i inne tajemnicze przedmioty, których działanie ma przyspieszyć nasze i tak zwariowane życie!

      Gdzież tu celebracja życia, emocji, smaku, zapachu i uczuć?!?

      Czymże byłaby randka, bez chwil niepewnego wyczekiwania? Albo poranna kawa bez zapachu rozchodzącego się leniwie po budzącym się domu?

      Ile chwil nam ucieka, gdy biegniemy przez życie bezmyślnie?

      „Zatrzymaj się, to przemijanie ma sens, ma sens, ma sens…”

       

      Kochani, niedziela wieczór to dobry moment by zwolnić. Koniecznie uwolnijcie się od poniedziałkowych myśli!

      Poniższy przepis to cierpliwy zawodnik. Wymaga minimum 2 tygodni, by rozradować nas swoim urokiem. Ale założę się, że warto. Będzie w sam raz na radosne Boże Narodzenie!

       Świąteczne pierniczki

      (Trzeba przygotować ciasto wystarczająco wcześnie, by były aromatyczne i zachwycające)

      Rozpuszczamy w rondlu pół szkl. miodu, pół kostki smalcu, pół masła, i dwie szklanki cukru, studzimy. Dodajemy 3 jajka, 1 kg mąki, 0,5 szkl mleka i 3 łyżeczki sody oczyszczonej i szczyptę soli oraz przyprawy: całą torebeczkę przyprawy do piernika, 3 łyżeczki cynamonu, 1 łyżeczkę gałki muszkatołowej, 2 łyżeczki startych goździków, 1,5 łyżeczki imbiru i 1 kardamonu. Wyrabiamy na gładką masę, zawijamy w folię aluminiową i wkładamy do lodówki. Wyjmiemy dopiero w tygodniu przed Świętami… a gdy przyjdzie czas, wtedy napiszę Wam co dalej – dajmy zadość błogosławionemu oczekiwaniu i wspaniałej niepewności ;)

       

       

      Jeśli chodzi o czekanie, bardzo lubię pewien wiersz Poświatowskiej:

      ja jeszcze ciągle czekam na ciebie
      a ty nie przychodzisz
      a jeśli
      to jesteś przejazdem na dwa dni
      jak ten fizyk z Moskwy w niemodnym kapeluszu
      który uśmiechnął się do mnie
      i zniknął na zakręcie białych szyn
      nie próbowałam go zatrzymać
      wiedziałam przecież
      że to nie ty

      czekam czekam wytrwale
      tak lekko dotykają mnie dni
      moja tęsknota jest tęsknota planet
      zmarzłych tęskniących do słońca
      a ty jesteś słońcem
      które pozwala mi żyć
      jest znowu wieczór
      na dachach leży śnieg
      wąskie wieże kościołów nakłuwają niebo
      i dni tak lekko biegną nie wiadomo gdzie

       

      http://www.youtube.com/watch?v=FQh2iztbwas

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      slowikjustyna
      Czas publikacji:
      niedziela, 04 grudnia 2011 21:14
  • wtorek, 22 listopada 2011
    • jestem kobietą.

      Jestem kobietą...

      Przeglądam się w witrynach mijanych sklepów.

      Są dni, kiedy potrafię zjeść całą tabliczkę czekolady bez zastanowienia.

      Zaśpiewam piosenkę nie znając jej tekstu.

      W gruncie rzeczy peszą mnie komplementy mężczyzn.

      Lubię światło świeczek, po prostu.

      Bez względu na to jak bardzo to ukrywam, uwielbiam romantyczne komedie.

      Nie znalazłam jeszcze idealnej sukienki i najlepszych butów, ale te które widziałam w sklepie też się przydadzą.

       

      Dzisiejszy dzień upłynął mi na spotkaniach i rozmowach z wieloma kobietami. Uwielbiam kobiety! Nie chodzi tutaj oczywiście o upodobania. Związać mogłabym się jedynie z mężczyzną. Prawda jest jednak taka, że częściej niż mężczyźni, mój zachwyt wywołują kobiety.. Swoją drogą, kojarzycie obraz Michała Anioła "Stworzenie Adama" Wszyscy widzą nim palec i śpiącego Adama. a zwróciliście uwagę, kto znajduje się w objęciach Boga po prawej stronie obrazu? Otoczona wyjątkową troską Stwórcy? Oczywiście, że Ewa. Delikatna a zarazem rezolutna i zdecydowana Ewa. Każda kobieta ma w sobie tajemnicę i potrzeba nie lada wysiłku i czasu by dowiedzieć się jaka jest naprawdę.

      Znacie moje upodobanie do prostych i szybkich dań. Są jednak momenty, kiedy jedyne o czym marzę to dać upust kobiecej próżności, zdolnościom manualnym i tendencjom do marnotrawienia czasu. To moim zdaniem jeden z najlepszych sposobów na oczyszczenie umysłu! Doskonale nadaje się do tego tarta cytrynowa. Jest czarująca.  Zajmuje trochę czasu, wymaga zgromadzenia licznych składników, ale jest tego warta. Uwierzcie, zrobienie tego cudeńka działa terapeutycznie. Na nas samych i na wszystkich, którzy będą mieli okazję jej spróbować.

       Tarta cytrynowa

      Ciasto: 50 dkg mąki, 17,5 dkg cukru pudru, 25 dkg masła, 3 jajka, otarta wanilia, starta skórka z jednej cytryny

      Krem: 10 jajek, 40dkg cukru, 250 ml soku z cytryny, starta skórka z 3 cytryn, 250 ml śmietany 36%.

      Z podanych składników wygniatamy dokładnie ciasto, rozwałkowujemy na grubość ok 2,5 centymetra i wykładamy nim okrągłą formę do tarty (wcześniej posmarowaną masłem). Nakłuwamy widelcem. Pieczemy ok 10 min w temp. 180stC. Mieszamy na gładką masę składniki na krem. wylewamy na upieczony spód i zapiekamy przez ok 30 min. w temp, 120st C.

      Po raz pierwszy tartę tę jadłam we Montpellier. Długo poszukiwałam przepisu. Odkryłam go całkiem przypadkiem przeglądając stare gazety. Podany przeze mnie przepis należy do Marty Gessler. I smakuje identycznie jak ten serwowany podczas (z sentymentem wspominanego przeze mnie) wieczoru we francuskim miasteczku :)

      http://www.youtube.com/watch?v=IVvkjuEAwgU ;)

      http://www.youtube.com/watch?v=I6D32LkQLFE

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      slowikjustyna
      Czas publikacji:
      wtorek, 22 listopada 2011 21:34
  • czwartek, 08 września 2011
    • Uśmiecham się do siebie...

      Ahoj!

      Jak tam Kochani? Wróciliście już wakacji?

      Przyznam się szczerze, że mnie dopiero dzisiejsza, pochmurna pogoda uświadomiła, że bliżej do grubych skarpet i rozgrzewających herbat, niż kolorowych japonek i mojito na plaży ;)

      Mam nadzieję, że lato minęło Wam wspaniale? Naładowaliście baterie słoneczne i zgromadziliście wystarczający arsenał wspomnień, by stawić czoła deszczowej aurze?

      Moja nieznośnie romantyczna dusza pewnie będzie rozpamiętywać wakacyjne chwile, dopóki nie spadnie na nią gorączka bożonarodzeniowych przygotowań! :)

       

      Tak więc, jak się domyślacie zwiozłam zapasy kulinarne. To smutne, że w każdym hiszpańskim markecie można znaleźć produkty, które w Polsce uchodzą jeszcze za luksusowe i niestety- drogie. Mam kilka zdobyczy, z których jestem naprawdę zadowolona: sos vinegret z białymi truflami, różany syrop (wspaniały do pitnej czekolady), pastę z karczochów. Nieocenione są również kulinarne inspiracje. Pozostanę wierną kochanką francuskich specjałów do końca swych dni! Przeżyłam absolutne oczarowanie, o którym pisała niegdyś Julia Child w swojej biografii.

      Lubię, gdy cały dom odzwierciedla życie domowników. Cudowne marsylskie mydełka o zapachu wanilii i jaśminu, kubek z lawendowym wzorem czy muzyka na MP3, która przywołuje mi na myśl hiszpańską dyskotekę z salsą sprawiają, że uśmiecham się przy najzwyczajniejszych czynnościach.

      A na zdjęciu ukochane z moich pamiątek:

         

      Na szczęście niektóre rzeczy można odtworzyć, gdy lato już minie. I wystarczą do tego składniki, które prawie każdy ma w domu. Dowód: pyszne grzanki francuskie:

      Cienkie kromki chleba smarujemy oliwą, kładziemy na nie plasterek camemberta. W miseczce mieszamy ocet balsamiczny z miodem w proporcji 1:1 i polewamy grzanki. Pieczemy ok 15 min w temp. 150 st C.

      Chcecie pięknie pachnące mydełka w łazience? Nic trudnego! Popularne hipoalergiczne mydło "Biały jeleń" jest tworzone wg receptury bardzo podobnej do mydła marsylskiego. I dostępne w każdej drogerii. A co trzeba zrobić z tym "bezcharakternym" produktem? ;)

      Ścieramy 15 dag mydła na tarce. Przekładamy do garnka, dodajemy 0,5 szklanki dowolnego ziołowego naparu: lawenda, mięta, rozmaryn. Podgrzewamy i mieszamy drewnianą łyżką, aż do rozpuszczenia. Odstawiamy, a gdy się schłodzi dodajemy olejek zapachowy, można również płatki owsiane, odrobinę kawy( peeling ), miód, suszone kwiaty, skórkę cytryny, lub co tam jeszcze wymyślicie :). Nasze "ciasto" przekładamy do foremek (ew. zwijamy w rulonik), przykrywamy folią spoż. i trzymamy w lodówce, aż całkowicie zastygnie.

      http://www.youtube.com/watch?v=fLexgOxsZu0&ob=av2e ( ta piosenka towarzyszyła mi, gdy wakacje 2011 były jeszcze przyszłością)

      http://www.youtube.com/watch?v=gqdFnKcmOHk&ob=av2n ( a tę usłyszałam po raz pierwszy we wspomnianym już klubie salsy)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      slowikjustyna
      Czas publikacji:
      czwartek, 08 września 2011 14:59
  • poniedziałek, 01 sierpnia 2011
    • Lato zamknięte w słoiku

      Ogarnia mnie absolutne rozczulenie, gdy przyglądam się starszym babciom dobierającym na targach czy w sklepach owoce i warzywa, których letni smak uchronią aż do zimy. Choć nie są wróżkami doskonale wiedzą jak to zrobić. Prawda jest jednak taka, że nie wyczytały tego z żadnej książki ale przyglądały się mamie, babci. Dżemy, konfitury, przetwory- każda rodzina ma choć jeden pomysł, jak je przyrządzić „po swojemu”.

      [Na Przykład moja ukochana Babcia Zosia organizuje specjalne spotkania z koleżankami, na których smakują wzajemne pomysły (także nalewek;) ), a później dzielą się przepisami.]

      Przyznam się Wam szczerze, że nie mam jeszcze swojego przepisu na „lato zamknięte w słoiku”. Wszelkie te cudeńka zawsze przygotowywałam ze starszymi kobietami z mojej rodziny i nadal tak jest. Nie mam więc sensu opisywać kulinarnych zaklęć, które przy odrobinie wysiłku z pewnością odnajdziecie w swojej rodzinnej kuchni.  

      Poza tym całym "słoikowym" szaleństwem, warto również w inny sposób wykorzystać, nie trwające przecież wiecznie, bogactwo owoców i warzyw. Maliny, truskawki, jagody i porzeczki dokładnie umyte i zapakowane w torebki do mrożenia żywności przydadzą się na niejednym karnawałowym przyjęciu ( jeśli macie ochotę teraz krzyknąć „kto by planował w sierpniu styczniowe imprezy” – zuchwała, acz potwierdzona odpowiedź brzmi: tylko przewidujący i oszczędni :))

       

      Doskonałym pomysłem jest również suszenie grzybów, ziół i owoców. Herbata z mięty czy dzikiej róży smakuje o niebo lepiej, gdy pochodzi z naszego letniego ogródka, a nie sterylnej torebki z marketu. Kwiat jaśminu do zielonej herbaty, lawenda do białej- twórzcie własne kompozycje, suszcie i chrońcie w pięknych pojemniczkach – to zajęcie, które potrafi nieźle wciągnąć, ale też odwdzięczyć się, gdy szukamy oryginalnego prezentu na zimowe odwiedziny u znajomych.

       

      Spacerując wczoraj zauważyłam, że na drzewach pojawiła się już piękna biżuteria z dzieciństwa- jarzębina. Jej zasuszone czerwone owoce działają zbawiennie na zimowe przeziębienie i osłabienie. Słyszeliście, że dorzuca się je do gorącej kąpieli?

      Dajcie się ponieść wyobraźni w wyszukiwaniu sposobów na przechowanie lata już teraz, by zimą skutecznie leczyć tęsknotę za ciepłymi miesiącami także w kuchni.

       

      http://www.youtube.com/watch?v=L9aRNJnl8lc ( piosenka pachnąca słońcem) 

      http://www.youtube.com/watch?v=pbMgo0__ETg&feature=fvst (czy jest ktoś, kto nie tańczył tego na letniej dyskotece? :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      slowikjustyna
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 01 sierpnia 2011 22:05
  • środa, 13 lipca 2011
    • Wiatr w żagle!

      "Źródło sukcesu tkwi w pewności siebie!" takie hasło obrałyśmy sobie z przyjaciółką przed maturą. Dodawało nam odwagi, gdy brakowało wiedzy, poprawiało skutecznie poczucie własnej wartości. Choć od czasu licealnych szaleństw minęło już kilka lat, zdarza nam się z przypominać wzajemnie to magiczne "zdanie na trudne czasy".

      Pewność siebie to nic innego jak równowaga. Ustawienie na odpowiedniej półce swoich wad i zalet.

      Świadomość słabych stron jest ważna, by nie wpakować się w niekomfortową sytuację, gdy będziemy musieli wykazać się czymś co jest poza naszymi możliwościami. Jednak nieustanne zadręczanie się tym czego nie umiem (bo nie potrafię się nauczyć, choć próbowałam), czego nie posiadam (klasyczny przykład: klepsydra nigdy nie będzie chuda jak patyk, choćby wykupiła podwójny karnet na siłownię i jadała tylko wodę) lub miejsce, w którym jestem ( moja znajoma ma piękną willę, fantastyczną pracę i jest o sto mil w życiowych osiągnięciach przede mną) jest zwykłym marnowaniem czasu i energii.

      Zamiast myśleć o tych wszystkich negatywnych, dołujących rzeczach, których ciągłe analizowanie nie jest nam w niczym przydatne, warto pomyśleć o tym co tak naprawdę masz. I o tym co możesz z tym zrobić i mieć z tego mnóstwo radości. Tenisiści i golfiści nazywają to "seet spot" - moment w którym wszystkie twoje siły, miejsce w którym stoisz i możliwości którymi dysponujesz tworzą harmonijną całość. To takie poczucie, gdy łapie się wiatr w żagle. Myśleliście kiedyś o tym, by zamiast upodabniać swoje życie do jakiejś gwiazdy z pierwszych stron gazet lub podziwianej osoby z pracy poszukać tego, co Wam się tak naprawdę podoba i w czym czujecie się najlepiej? Nikt na świecie nie potrzebuje dwóch takich samych osób - każdy z nas posiada wyjątkowy i jedyny pakiet talentów i zdolności. Może więc warto wreszcie z tego skorzystać, jeśli jeszcze tego nie zrobiliście?

      Podoba mi się ostatni wywiad z Magdą Gessler w jednym z polskich tygodników. Ukazuje jednak smutną prawdę - Polacy zachwyceni zagranicznymi kuchniami zupełnie zapomnieli o swoich smakołykach. Często nieudolnie naśladują egzotyczne przepisy, zamiast wykorzystać to co mają najlepsze u siebie. Ogłaszam akcję: odkopujemy stare, babcine książki kulinarne. "Sweet spot" polskiej kuchni pilnie poszukiwany! :)

      Przeglądając wczoraj książkę z serii "Kuchnie rodowe" natrafiłam na przepis na pączki z twarożkiem. Jakież było zdziwienie mojego znajomego, który jadał je jedynie w swoim domu rodzinnym. Nigdzie indziej później. Radość i zaskoczenie na jego twarzy było bezcenne :)

      Pączki z twarożkiem

      Dokładnie, przez około 15 min zagniatamy 1 paczkę twarożku, 3 całe jajka, 1,5 szkl mąki i 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia. Smażymy "pączki" na złoty kolor, na głębokim, dobrze rozgrzanym smalcu kładąc je łyżeczką. Wyjmujemy na ręcznik papierowy, gdy ostygną posypujemy cukrem pudrem. Doskonale smakują z owocowym dżemem i kakao.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      slowikjustyna
      Czas publikacji:
      środa, 13 lipca 2011 14:19