Miłość i inne przystawki...

moja osobista, zupełnie nie dietetyczna wizja życia pełnego miłości

Wpisy

  • poniedziałek, 26 marca 2012
    • o kilku gruszkach i srebrnej nitce ciszy.

      Pamiętam pewne popołudnie. Tak, są popołudnia, których się nie zapomina. Odwiedzałam zaprzyjaźnioną siostrę zakonną. Staruszka o oczach w kolorze lazurowego wybrzeża… wielkie, spokojne morze odbijające promienie słoneczne. Miałam się już żegnać, nadchodził wieczór, a mnie czekał jeszcze powrót pociągiem do miasta. Usiadłyśmy na drewnianej ławce przed wejściem. Nie było nikogo, wszyscy odpoczywali po całodziennej pracy, a ciszę przerywał jedynie spokojny oddech psa śpiącego obok. Słońce już nie opalało, choć nadal było przyjemnie ciepłe. Wiejskie letnie popołudnie- trzeba przeżyć wiejski dzień pełen pracy, by zrozumieć, co ono oznacza...

       

       

      Zanim się spostrzegłam, obok pojawiła się miska z gruszkami. Podziwiałam ją przez chwilę – gliniana, wydobywała bogate, zielono-żółte odcienie gruszek, na których osadzały się jeszcze kropelki zimnej wody. Nie mówiłyśmy nic przez dłuższą chwilę, rozkoszując się smakiem mijającego lata zamkniętego w owocach. Potem śmiałyśmy się ze „złośliwej starości” zakonnicy i mojej „nierozsądnej młodości”. Zasiedziałam się- po pożegnaniu bardzo szybko ruszyłam w stronę dworca- „Spokojnie, zdążysz, zobaczysz” – uśmiechała się siostra. Gotowa byłam się założyć, że nie zdążę! „Czarownica…” – pomyślałam, rzucając na siedzenie w pociągu torbę pełną „jeszcze kilku” gruszek.

       

       

      Dostrzegliście, jak bardzo ubogi jest świat, w którym żyjemy? Ubóstwo przepychu, tak bym to nazwała. Tak bardzo brakuje nam prawdziwego smaku, prawdziwych emocji, że tę potrzebę próbujemy uzupełnić czymś choć trochę podobnym, ale z oczywistych powodów potrzebujemy tego dużo więcej. Nie potrafimy albo boimy się kochać konkretne osoby, z całym bagażem ich życia, tracić dla miłości siebie i swój czas, dlatego zawieramy tysiące „niezobowiązujących” znajomości. Nie mamy czasu na wakacje, więc idziemy do solarium, by poudawać wypoczętych. Nawet z niedzieli zrobiliśmy „dzień spraw niezałatwionych”.  Nota bene: nie wydaje Wam się to jakimś okrutnym żartem, że w wielu sklepach smak prawdziwej papryki, świeżego twarożku czy wiosennych ziół można znaleźć jedynie w opakowaniu chipsów? Coś o smaku czegoś, tragedia.

       

       

      Nieuporządkowane myśli, to chyba główny problem. Żyjemy tak szybko, że samo myślenie o tym zdaje się zbędne, zbyt czasochłonne. „Jedz codziennie to samo śniadanie,  zaoszczędzisz czas na zakupach” – chyba wspominałam już tę „drogocenną” radę wyczytaną w prasie kobiecej. To bezmyślne funkcjonowanie ( …jak ja nie lubię tego słowa) najbardziej uderza w nasze relacje. Jeśli robisz coś bez zastanowienia,( a co dopiero zaangażowania! ) to jakie ma znaczenie, czy jesteś blisko tej osoby czy nie – szybka wymiana myśli zastąpiła dziś całą radość spotkania, rytuał bliskości. Przykład. Zapytajcie swoich dziadków, jakieś najstarsze małżeństwo w rodzinie jak wiele wysiłku wymagało dotarcie do wypatrzonej w tłumie osoby, nawiązanie z nią znajomości, przygotowania do pierwszej randki, wzajemne poznanie itd. Piękne, tajemnicze spotkanie dwóch historii, których wspólne odkrywanie trwa często jeszcze kilkadziesiąt lat po ślubie. A dziś? - nie musisz nawet pytać, słuchać – wiele (zbyt wiele?) powie Ci internet: status związku, zainteresowania, podobieństwa, przeciwności.  Szybka analiza rzeczywistości. Opłaca się, nie opłaca?... Smutny hedonizm naszych czasów.

       

      Nie wmówicie mi, że to nieprawda. Przyjrzeliście się kiedyś swoim marzeniom? Zazwyczaj są bardzo proste, konkretne, tak zupełnie niepodobne do naszego pogmatwanego życia…

      Pomyślcie dziś o sobie, nie o tym, co inni o Was myślą. Pomyślcie o pragnieniach serca, nie o telewizyjnych reklamach. I zacznijcie wybierać, szukać. 

      Wykorzystajcie czas.

       

      „Kto chce jednym spojrzeniem ująć wiele równocześnie przedmiotów,

      ten żadnego z nich nie widzi wyraźnie.”


      /Kartezjusz/

       

       

      http://www.youtube.com/watch?v=wigqKfLWjvM&ob=av2e

      http://www.youtube.com/watch?v=qLWJV4Dx7i8&feature=player_embedded#!

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      slowikjustyna
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 26 marca 2012 22:52
  • wtorek, 20 marca 2012
    • o dzieleniu radości, czyli jaki był ten rok :)

      Zamknij oczy. Pozwól, by słońce ogrzało twe nie zawsze czułe oczy,

      przywołało wspomnienia niewinnego uśmiechu, złagodziło nerwowe rysy twarzy…

       Są takie chwile, kiedy wbrew światowym oczekiwaniom pragniesz prostoty myśli,

      nieobłudnego szczęścia, skromnego piękna. I już wtedy wiesz, że wszystkie życzenia

       „zdrowia, dostatku, pomyślności, sukcesu”, nie są tym, czego naprawdę pragniesz.

      Tak naprawdę możesz być szczęśliwy dopiero wtedy, gdy jesteś zdolny kochać,

       i gdy ta miłość wraca do Ciebie…

      

       

      Kochani! To już rok Kolacji z Czesławem czyli

      mojej osobistej,

      zupełnie nie dietetycznej

      wizji życia

      pełnego miłości

      …a raczej bezwstydnego opowiadania o niej publicznie! ;)

       

      Nie wiem, czy o tym wiecie, ale jest taka kuchnia, której absolutnie nie znoszę, nie mogę zaakceptować… to kuchnia pusta, bezuczuciowa, bezosobowa. A dzięki Wam w mojej „czesławowej” kuchni zrobiło się całkiem tłoczno ( i dosłownie i w przenośni ;) To dla mnie najpiękniejsze, zupełnie niespodziewane doświadczenie spośród tych, które przynosi pisanie bloga. Spotkania, rozmowy, odbierane wiadomości, dzielenie radości z nowych odkryć kulinarnych, uczuciowych, emocjonalnych… sami chyba przyznacie, że coś musi być w powiedzeniu „kuchnia to serce domu”. A moim zdaniem „dom” to nie tylko budynek, adres, ale stan umysłu, serca, duszy. Dom to miejsce pełne ciebie. Moment, w którym odkrywasz to, co najbardziej „twoje” i chcesz to dzielić z innymi. Dom to pewność siebie. To poczucie, że każdy z nas ma w sobie coś niezwykłego, coś, co tylko w relacji może dawać pełną radość. Dom to taki wielki stół, przy którym zmieści się każde krzesło, to ciepło pieca, które dymi z komina jak znak do nieba. Muzyka w sercu, talerz pysznego jedzenia i uśmiech ukochanej osoby.

       

      Za bezcenną obecność, twórczą krytykę, nieprzecenioną inspirację, wspaniałe chwile i prawdziwe emocje w ciągu minionego rokudziękuję!

       


       http://www.youtube.com/watch?v=HBY6_4sfhFQ&feature=player_embedded

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      slowikjustyna
      Czas publikacji:
      wtorek, 20 marca 2012 12:36
  • wtorek, 06 marca 2012
    • czy to jest przyjaźń...

      Gdybyście tylko mogli, co zmienilibyście w swoim życiu?  Dobre pytanie na wiosnę. Słyszałam je już wiele razy od różnych osób… Gdybym tylko mógł być we wspaniałym związkugdybym tylko mógł przeżywać ciekawe przygodygdybym tylko mógł robić coś wyjątkowegogdybym, gdybym... możesz! jestem o tym przekonana. Potrzeba tylko jednego… odwagi.

       

      Widziałam ostatnio program w zagranicznej telewizji młodzieżowej. Uczestnicy zgłaszali się do niego, by wreszcie wyjść z tzw. zone friend. Klasyczne historie, znane, mam wrażenie nie tylko z telewizji. Wieloletnia przyjaźń, porozumienie bez słów i takie tam. Aż tu okazuje się, że jedna ze stron się zakochuje. Pod przykrywką przyjaźni damsko-męskiej ( istnieje, nie istnieje? – top temat) ukrywa prawdziwe uczucia, bojąc się, że gdy je wyjawi, straci prawdziwego przyjaciela. Ekipa programu pomaga w aranżowaniu randki z kimś nieistniejącym, przyjaciel też zostaje w to zaangażowany, by w finale dowiedzieć się, że wszystkie przygotowania były dla niego.

      Nie od dziś wiadomo, że TV porusza najczulsze strony ludzkich pragnień. Były programy zmieniające wygląd, prezentujące sporty ekstremalne i pokonywanie przeróżnych fobii. Kolejny raz okazuje się jednak, że najczęściej nie jest nam straszna dżungla, pająki czy skakanie ze spadochronem... Największe wyzwanie to człowiek stojący obok nas. Trzeba być szalenie odważnym, by budować relacje. Prawdziwe relacje.

       

      Wątek prywatny. Anegdota często opowiadana wśród moich znajomych, więc nic się nie stanie, gdy i wy ją poznacie. W szkole podstawowej miałam fantastycznego przyjaciela. Spędzaliśmy ze sobą wszystkie wolne chwile, jednak po pewnym czasie z mojej strony nie była to już czysto przyjacielskie spotkania.  Rozpacz wiązała się z faktem, że choćbym założyła najpiękniejszą sukienkę, dla niego nadal byłam tylko kumplem: kompanem do chodzenia po różnych tajemniczych zakątkach, do robienia psikusów i jazdy na rowerze. Najlepszym, ale nadal kumplem. Możecie sobie wyobrazić, jakie katusze przeżywałam, gdy ten „w ramach przyjaźni” opowiadał mi o wspaniałych dziewczynach, które poznał, z którymi rozmawiał etc. Typowe rozterki sercowe w podstawówce przeżywa się znacznie gorzej i intensywniej, mam nadzieję, że to rozumiecie ;)  Pewnego dnia wystroiłam się jak nigdy, wybranek mojego serca jednak nic nie zauważył ( a raczej, jak później się okazało nie chciał się do tego przyznać nawet sam przed sobą ) Skandal! Pomyślałam. Gdy tylko nadarzyła się  stosowna okazja ( czyt. zabawa w berka) oberwał ode mnie porządnie w kostkę, zaskoczony zapytał: „no co ty, jesteśmy kumplami?!” ...i tu nastąpił mój manifest z głębi serca, którego nigdy nie zapomnę, wykrzyczany przez łzy, w okropnej złości : „NIE JESTEŚMY KUMPLAMI, NIGDY NIE BĘDZIEMY BO JA JESTEM DZIEWCZYNĄ, A TY NIE CHCESZ TEGO ZOBACZYĆ!”. Czy muszę Wam dopowiadać, że tak rozpoczęła się moja pierwsza długoletnia wspaniała miłość ?... :)

       

      Możemy robić najbardziej niebezpieczne rzeczy, jednak odwaga to siła serca. To coś, co nie czeka na bieg zdarzeń, ale stawia im czoła. Aby ją zdobyć, trzeba chcieć usłyszeć, to, co w nas najbardziej intymne, ukryte, prawdziwe. Uwierzcie, nie ma nic piękniejszego niż walka o prawdę w naszym życiu. Można mieć fantastycznych znajomych, ale nigdy nie będziemy wśród nich do głębi szczęśliwi, jeśli nie odważymy się żyć z nimi w prawdzie.

      Fakt, zdanie „jesteś najpiękniejszą kobietą, jaką spotkałem” wypowiedziane do sąsiadki znanej z widzenia może przyprawić o rychły zawał serca. Ale udawanie, że jest ona dla nas „tylko sąsiadką”, krycie swoich uczuć prowadzi do czegoś znacznie gorszego: do zgnuśniałego serca człowieka, który nigdy nie odważył się żyć. Co tu dużo mówić, wszyscy bardziej kochamy kowbojów o gorących sercach niż chłodnych analityków rzeczywistość ( ten powszechny romantyzm niewątpliwie działa na naszą korzyść, nie sądzicie? ;) )

       

      Odważcie się powiedzieć to, co naprawdę czujecie. Tu teraz. Oczekiwanie na "okoliczność" to jak siedzenie na dworcu z biletem. Masz bilet, jesteś gotowy, słyszysz zapowiedzi, ale pociąg odjeżdża z peronu, nie z dworca. Więc w górę tyłki - nie myślcie tylko o bagażach, godzinach odjazdów i ubezpieczeniach, ale ruszcie w podróż. Te najdalsze, najtrudniejsze, ale też najbardziej wzruszające, najpiękniejsze, nie prowadzą wcale na koniec świata. Prowadzą do naszego serca, naszych pragnień i pasji, naszych emocji i wyzwań, i wreszcie, a może przede wszystkim do drugiego człowieka. Potrzeba odwagi, by je rozpoznać, podjąć, zrealizować. Ale...  tak się chyba prawdziwie przeżywa życie :)

      Nie mam ostatnio zbyt wiele czasu na szaleństwa w kuchni. Staram się jednak nie rezygnować z „prawdziwego jedzenia” na rzecz ulicznych przekąsek. Pytacie mnie często o "mięsko". Szybkie, smaczne, efektowne, proste. Proponuję Wam dziś więc pierś z indyka zapiekaną z camembertem.  „Rach ciach ciach” i będzie gotowy, zakład? :)

      Przecinamy pierś z indyka tak, jakbyśmy chcieli zrobić w niej kieszonkę. Do środka wkładamy grube plasterki camemberta i dokładnie domykamy. Mięso skrapiamy czosnkową oliwą, obsypujemy słodką papryką, i rozmarynem. Zawijamy niedbale, tak by była niewielka wymiana powietrza, w folię aluminiową. Pieczemy 40-60 min ( zależy od wielkości porcji mięsa) w temp. 180 st C.

      * oliwa czosnkowa: zalewamy obrane ząbki czosnku oliwą, odstawiamy na kilka dni w ciemne miejsce/ doskonała jako baza do vinegret, smażenia.

       

      http://www.youtube.com/watch?v=CJhjgcP-DCw

      http://www.youtube.com/watch?v=SPUJIbXN0WY

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      slowikjustyna
      Czas publikacji:
      wtorek, 06 marca 2012 23:49
  • poniedziałek, 20 lutego 2012
    • Z poniedziałku na wtorek.

      Zimowe wyprzedaże powoli dobiegają końca, świąteczne ozdoby wróciły na strych, na dworze też jakby cieplej. Zmiany w powietrzu, zmiany w kalendarzu… Nie, nie myślę, jeszcze o wiośnie. Jednak zakończenie karnawału, przygotowania do Wielkanocy zawsze sprawiają, że wyczuwam nadchodzące zmiany.

       

      Słyszałam niedawno pewną oburzoną dziewczynę, która twierdziła, że nie będzie świętować żadnych „Ostatek”, gdyż ona baluje kiedy chce i jak chce i żaden kalendarz nie będzie jej w tym ograniczał. Jasne! Nie zamierzałam prowadzić względem niej chrześcijańskiej krucjaty. Dla mnie jednak wyjątkowe dni i ich celebrowanie mają w sobie dużo uroku, dają mi siłę na codzienność. Nie mówię tylko o tych najbardziej popularnych, bardzo skomercjalizowanych. Święta religijne czy te nasze prywatne, jak urodziny, rocznice w magiczny sposób zatrzymują nas przy pędzie życia. Pozwalają docenić wartość czasu, przyjaźni, rodziny, wspomnień. Odrobinę zatrzymać szalony tryb życia. Każdy ma swój charakter. Tłusty czwartek pełen pączków, ostatkowe faworki, wielkopostne czy adwentowe oczekiwanie.  

       

      Miałam kiedyś fantastycznego nauczyciela, który zdradził nam na koniec szkoły swoją tajemnicę. Twierdził on, że prawdziwa nauka to trwanie w napięciu przed odkryciem jakiejś wiedzy. Gdy ją odkryjesz – celebrujesz chwilę, używasz zdobyczy do innych dziedzin. Następnie okazuje się, że znów doskonalisz, czekasz na coś intuicyjnie, wiesz, że da ci to siłę i radość. I tak krok po kroku, aż niepostrzeżenie stajesz się całkiem zadowolonym marzycielem z niezłym bagażem wiedzy.

      Mam wrażenie, że całkiem podobnie wygląda nasze życie. Trwamy w napięciu oczekując na coś. Wiosna, lato, jesień, zima. Im więcej wydarzeń, tym szybciej płynie nam czas, ale ! - pozostaje mnóstwo wspomnień. Nie mamy wpływu na te złe, które nam się przytrafiają. Możemy jednak szczególnie wykorzystać te radosne okazje, które zostały nam dane.

       

      Kultura, zwyczaje to doskonała okazja nie tylko do poznania przeszłości, ale też tego, jacy jesteśmy dzisiaj. Nie chodzi o to byśmy teraz przywdzieli stroje ludowe i rozpoczęli huczną potańcówkę ( no chyba, że ktoś ma na to ochotę ;) Warto jednak poruszyć zimowy tłuszczyk i włożyć trochę energii w … ulepienie faworków! Swoją inicjatywą zaskoczycie wszystkich, zakład? :)

      Faworki czyli tzw. chrust

      30-40 dag mąki, 3 żółtka, 2-3 łyżki kwaśniej śmietany i kieliszek spirytusu – z tych składników dokładnie wyrabiamy ciasto, zagniatając tak, by dostało się w nie jak najwięcej powietrza. Jeśli ciasto będzie zbyt twarde, dodać odrobinę śmietany. Ciasto rozwałkować jak najcieniej (im cieńsze ciasto, tym bardziej kruche faworki), pociąć na prostokąty ok. 3 cm/10cm, naciąć podłużna linię przez środek i przełożyć jeden z krótszych boków. Smażyć na gorącym, głębokim smalcu przewracając na drugą stronę, gdy osiągną złoty kolor. Usmażone osuszyć na papierowym ręczniku, by ociekły z tłuszczu. Posypać cukrem pudrem wymieszanym z cukrem waniliowym.

      Kosz faworków, energetyzująca muzyka, bąbelki w kieliszku, grupa znajomych... czy potrzeba czegoś więcej, by zorganizować ostatkowe przejęcie? Wyluzujcie, nie potrzeba urządzać balu wiedeńskiego, by radośnie zakończyć karnawał :)

       

      "Trzeba łapać radość za ogon, zawsze się opłaca.

      Nawet, jak ci się wyrwie, to masz pióra"

      /Miron Białoszewski/

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      slowikjustyna
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 20 lutego 2012 13:43
  • środa, 15 lutego 2012
    • Szalone inwestycje

      W czasach, kiedy notowania na giełdzie szaleją jak zakochana nastolatka, a żadna finansowa inwestycja nie jest gwarantem spokoju, wszyscy szukamy bezpiecznej przystani. Lepsze ubezpieczenie, więcej pracy, nowe kwalifikacje. Inwestycja. Modne dzisiaj słowo.

      Przysłuchiwałam się ostatnio rozmowie pewnej pary, podejrzewam, że była to ich pierwsza randka. Przytulna kawiarenka, chroniąca przed skrzypiącym mrozem. Wybrana przez chłopaka (co zdradzały zaciekawione oczy dziewczyny, gdy wchodzili do środka).
      Usiedli przy stoliku obok. Dziewczyna opowiadała o ostatniej egzotycznej wycieczce, potem o nowym samochodzie. Mówiła głośno, więc w ciągu chwil nawet ja wiedziałam, że lubi wylegiwać się w drogich kurortach, ceni sobie biżuterię Kogośtam z Francji i planuje zakup nowego telefonu. Powiedziała tez mniej więcej takie zdanie: „Wiesz, trzeba inwestować w siebie, jesteśmy młodzi to wspaniałe, że mogę żyć w każdym mieście świata, kupić wszystko przez Internet, jeść w najlepszych restauracjach. Ach! nie wiem, czy może być coś lepszego!”. Nie trzeba było być wybitnym obserwatorem, by zauważyć w tym momencie zmieszanie chłopaka. Cóż, wypadał „blado” ze swoim zaproszeniem do sentymentalnej kawiarni i opowiadaniami o ogniskach w Zakopanem. Widziałam upadającego nad kubkiem czekolady adoratora.



      Rozmowa wyraźnie przybrała kolorów, gdy przeszli do opowieści o znajomych. Ona mówiła o swoich w kategorii skończonych dyplomów, designerskich mieszkań i fantastycznych klubów, do których chodzą. On opowiadał o ich pasjach, wspólnych przygodach i radosnych chwilach… On wymieniał ich imiona, ona nazwy klubów. U niego błyszczały oczy, u niej biżuteria.  Nie potrzeba było być wróżką, by stwierdzić, że raczej nie będą udaną parą. Nie potrzeba było być psychologiem, by zobaczyć jak odmienne są ich życiowe inwestycje.



      Myśleliście kiedyś nad inwestycjami w swoim życiu? Czemu poświęcacie najwięcej czasu, energii, tego co macie i możecie dać? Spróbujcie zrobić sobie w głowie taką listę wartości, celów i działań. Może się okazać, że wasz cel mija się z działaniami albo co gorsza wartości z celem. Rozumiecie, o co mi chodzi? Jeśli wartością są dla nas bliscy, a celem piękne chwile z nimi,  to trudno powiedzieć, że praca po godzinach i kolejne zlecenia są w stanie do tego doprowadzić.

      Czasem wydaje nam się, że gdy będziemy już „bogaci i ustawieni” zaczniemy pewne i bezpieczne życie. Codziennie widzę w mediach twarze rozczarowanych bogaczy i samotnych miliarderów. I coraz częściej tych, którzy stracili cały majątek w wyniku kryzysu. „Możesz stracić wszystko, nic nie jest dziś pewne” chyba wszyscy to słyszeliśmy. Mam nadzieję, że nie uwierzyliście, że to prawda! Nigdy nie miałam zmysłu ekonomicznego. Mam jednak pewną receptę, gdzie można więcej inwestować niż zarabiać, a ostatecznie i tak wychodzić na plus. Gdzie z zaangażowania zawsze rodzi się satysfakcja, a porażki nigdy nie przeżywa się samemu. Co więcej bardzo korzystne są tam szybkie i spontaniczne pożyczki – pożyczki czasowe. Wiecie już, o czym mówię? Moim zdaniem najkorzystniejszą inwestycją w naszym życiu są relacje. I nie przekonacie mnie, że jest inaczej!


      Prosty zakład: co robi kobieta, gdy wszystko się wali, zakup nowej sukienki nie pomaga, nowa fryzura nie pociesza … idzie do przyjaciółki. A cały Bożonarodzeniowy szał świąteczny? Wydajemy dużo, bo wiemy, że nic tak nie ładuje baterii jak radość obdarowywania. Nie ja to wymyśliłam. Nie bez przyczyny większość reklam prezentuje produkt w kontekście uśmiechniętej rodziny, wspaniałej przygody z przyjaciółmi, romantycznego spotkania. Jesteśmy ludźmi spragnionymi relacji, to one dziś są największym dobrem luksusowym.

      Jak myślicie, warto być bardziej kochanym czy bogatym? Otwórzcie swoje serca! Jeśli stracicie wszystkie pieniądze, przyjaciele i tak pozostaną, bo będą wiedzieli, że posiadacie coś o wiele cenniejszego...



      Myślę, że najlepszym potwierdzeniem powyższych słów są studenci. Najczęściej bez grosza przy duszy, rzadko kiedy bez kompanów przy boku. A że na imprezach studenckich oprócz alkoholu przydaje się także jedzenie, dzisiaj imprezowa kuchnia studencka. Nie, nie, nie będziemy zamawiać pizzy! ;) Sami ją zrobimy. Co więcej każdy będzie mógł się włączyć, nie będą potrzebne jakiekolwiek umiejętności kulinarne. Brzmi interesująco, prawda?Pomysł na małe pizze, do których każdy z gości dobiera sobie dodatki pożyczam od mojego znajomego, do dziś niektórzy wspominają zorganizowaną przez niego imprezę...

      Stawiamy miseczki z dodatkami: kawałeczki szynki, kiełbaski, salami, sery, pomidory, oliwki, cebula, kawałki ananasa, papryka, kukurydza… na co tylko macie ochotę. Wyrobienie ciasta na pizzę nie jest ani kosztowne, ani trudne, no i można przygotować je przed przyjściem gości. Chyba każdy jako dziecko lubił podglądać rosnące od drożdży ciasto. Jestem przekonana, że większość gości nadal to pamięta! Wystarczy podzielić ciasto na mniejsze kawałki, obdarować wszystkich po kolei, wylepić placuszki i do dzieła. A! warto też przygotować sos pomidorowy jako bazę. Przepisy macie poniżej.
      Ciasto do pizzy (przepisów na nie jest tysiące, podaję Wam swój, możecie spróbować inne) 25 dkg mąki, pół łyżeczki soli, 1 jajko, 40 g drożdży ( rozrobionych w 3/4 szklanki ciepłego mleka z wodą) - wyrabiamy w misce, aż ciasto będzie się swobodnie odrywało od dłoni, pod koniec dodajemy łyżkę oliwy i nadal wyrabiamy. Odstawiamy w ciepłe miejsce do wyrośnięcia, miskę lekko przykrywamy ściereczką, a ciasto traktujemy delikatnie. Gdy podwoi swoją objętość dzielimy na mniejsze kawałki i wyrabiamy placuszki ( składniki wystarczą na ok 8 mini pizz) lub wałkujemy na jednej dużej blaszki i niskich brzegach. Smarujemy sosem i kładziemy dodatki. * Brzegi pizzy możecie posypać odrobinką mąki kukurydzianej.
      Sos do pizzy: Baza to oczywiście pomidory: jeśli jest na nie sezon i są wystarczająco słodkie, możecie zmiksować surowe, jeśli nie, użyjcie tych z puszki odsączonych z soku. Dodajcie odrobinę soli, pieprzu, cukru, oregano, bazylii, tymianku, opcjonalnie czosnku, rozmarynu. 

      Sos czosnkowy, którym uwielbiam polewać pizzę opisałam w jednym z pierwszych wpisów na blogu.

      Dobrej zabawy!



      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      slowikjustyna
      Czas publikacji:
      środa, 15 lutego 2012 19:13
  • poniedziałek, 06 lutego 2012
    • modowo-seksualna ignorantka

      Nie jest dobrze być „kujonem”. Szczególnie w oczach dwunastolatki, której wizytę przeżywam od kilku dni. Klasyczny francuski manicure jest już „no raczej, niemodny”, płyta Norah Jones to „ staromodne nudy”, a książki? – „musisz poczytać trochę gazet, bo zupełnie nie wiesz, co się dzieje na świecie”... Norah jednak zostawię, paznokci też raczej nie przemaluję na jaskrawy zielony. Zderzenie z prasą zdawało się najmniej bolesne. No cóż, mój wiklinowy koszyk z gazetami zawiera głównie kulinaria, podróże i wywiady…

       

      Przyjemny weekendowy wieczór. Z prasy plotkarskiej za dużo wyczytać się nie da, zdjęcia to raczej karykatura niż rzeczywistość. Znalazłam jednak kilka „smaczków”: „jak być seksowną?” i „czuj się świetnie każdego dnia”. Która kobieta by tam nie zajrzała? Okazuje się, że można „bezboleśnie” zadbać o zdrowie i urodę – nie bardzo rozumiem tę filozofię na wzór walecznego boju z samym sobą. „Jedz to samo śniadanie każdego ranka, to ułatwi Ci życie, nie będziesz musiała myśleć o zakupach” (sic!). Oprócz mnóstwa reklam produktów spożywczych o strukturze chemicznej skomplikowanej jak budowa rakiety kosmicznej, zdjęcia najnowszych kolekcji ubrań, na moje oko z kolekcji „szafa dla masochistek”. Emocjonalnym uderzeniem stał się jednak niezbędnik seksownej kobiety: noś niebotyczne szpilki, wciśnij się w gorset, przyklej sztuczne rzęsy, wzburz włosy pudrem do włosów… No cóż, nie dość, że jestem „kujonem” ( po 15 min z prasą „bulwarową” marzyłam już o książce) , to jeszcze modowo-seksualną ignorantką.

       

      Zawsze zdawało mi się, że seksualność to coś absolutnie intymnego. Tak, jakby piękno zmysłowej seksualności znikało wraz z jej afiszowaniem. Nie krytykuję kobiet o „zbyt dosłownym wyglądzie”, zastanawiam się tylko, po co im tak bardzo „publiczne” życie? Pokaż swoją sypialnię, garderobę, bieliznę – a wszystko po to, by nikt nie pomyślał, że nie jesteś zmysłowa. Obawiam się, że większość kobiet, które piszą te „mądre rady”, w życiu nie odkryły swojej zmysłowości. Albo kojarzą ją z czymś zarezerwowanym dla erotyzmu. Myśl o pokazaniu się bez makijażu przed ukochanym przyprawia je o chorobliwy lęk i raczej nie wiedzą, że nie trzeba wysmarować się czekoladą, by zobaczyć, że samo jej jedzenie może być zmysłowe. Są absolutnie nieszczęśliwe goniąc za akceptacją innych.

       

      Jeśli intymność nie jest już tajemnicą, zmysłowość ogranicza się do ekshibicjonizmu, a wulgarność to najlepszy sposób na znalezienie miłości, to mam wrażenie, że swoje emocje zamknęliśmy w chemicznej sekwencji hormonów. Delikatność, subtelność, oczekiwanie, wierność … wydaje mi się, że mimo wszystko pragniemy ich bardziej, niż kiedykolwiek.

      „Nie warto rozmieniać się na drobne” –  niektóre sukienki są tym piękniejsze, gdy zakładamy je tylko dla wyjątkowych mężczyzn. Uwielbiam malować bezwstydnie czerwone usta, gdy naprawdę jest ku temu powód, okazja – wyprawa po bułki, nie jest tego warta ;). Panowie: kochajcie i bądźcie sobą – kobieta, która czuje się szczerze kochana i akceptowana jest piękniejsza niż „milion dolarów” :)

       Ktoś pytał się mnie ostatnio, czy będzie wpis na walentynki? Hmm… Nie szkoda Wam czasu, by czekać z okazywaniem uczuć do przyszłego tygodnia? Otóż: wpisu na walentynki nie będzie. „Prawdziwa miłość nie ustaje”. Do diabła z każdym przystojniakiem, który czeka do 14 lutego by dać mi piękną karteczkę, czerwoną różyczkę czy zaprosić mnie na romantyczną kolację. Nie jestem tego dnia ani odrobina piękniejsza, lepsza, seksowniejsza niż zwykle. Dlaczego więc nie zrobi tego przez cały rok?


       

      Gdy mróz na dworze, ciepełko w domu i dużo pracy umysłowej mam ochotę na pachnące, kaloryczne mięsko. Co powiecie na polędwiczki wieprzowe z suszonymi grzybami?

      Miksujemy 4 suszone grzyby (najlepiej prawdziwki) z 3 łyżkami sosu sojowego ciemnego. Nacieramy otrzymaną marynatą 2 polędwiczki wieprzowe. Rozgrzewamy trochę oliwy z oliwek, podsmażamy 1 posiekaną cebulę i 2 zmiażdżone ząbki czosnku. Dodajemy ok. 30 dag świeżych, pokrojonych w kostkę dowolnych grzybów. Dusimy kilka minut, dodajemy ¾ śmietany kremówki. Na oddzielnej patelni smażymy polędwiczki, przekładamy je w naczynie żaroodporne i szczelnie zamykamy na ok. 10 min (by zapach jeszcze wspanialej się rozwinęły). Podajemy z sosem z suszonych grzybów i świeżym szczypiorkiem.

      http://www.youtube.com/watch?v=-gzC29VwE1A

      http://www.youtube.com/watch?v=sPUBg9Mx-W4&feature=related

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      slowikjustyna
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 06 lutego 2012 19:20
  • wtorek, 31 stycznia 2012
    • A gdy przygasa w piecu...

      Mroźny, słoneczny poranek. Wracam szybkim marszem. Po drodze ludzie zamyśleni, zapracowani, niewyspani. „Nie jest łatwo”, myślę, gdy ich mijam, wkładając jeszcze mocniej nos między włóczkę szalika. W domu przy rozkosznie ciepłym śniadanku oglądam widokówkę z Watykanu. „Italia, mi Amore”, ludzie pełni emocji i temperamentu jak wybuchająca Etna. Skrajnie namiętni, wybuchowi, szczęśliwi, pożądający, leniuchujący. Jak pięknie byłoby żyć w kraju bazylii i pomidorów, ale przede wszystkim spontanicznych uśmiechów i serdecznych powitań nawet wśród nieznajomych … takie "miejsce nieskrywanych emocji".

       

      Była jeszcze jesień, kiedy przechodząc przez pasy dla pieszych usłyszałam klakson. Tym głośniejszy, przy małej uliczce. Szłam dalej, kolejny klakson, a przez szybę machający pan. Wyłączyłam na MP3 muzykę, która mimo woli przywoływała skrywany uśmiech. Sprawdziłam, światło miałam zielone, a i za sobą nic nie zgubiłam. Wokół nie było nikogo…wszystkie opcje zawiodły - wiec to do mnie! Być może nie poznałam jakiegoś znajomego, pomyślałam i podeszłam do samochodu…

       

       „Co się stało, proszę Pana?” pytam nieznajomego, troszkę już zdenerwowana. „Dzień dobry!” uśmiechnął się. „Dzień dobry, co się stało?”- „zupełnie nic, pomyślałem, że przywitam się z uśmiechniętą dziewczyną, wyglądała Pani na zadowoloną…” Byłam rozbrojona. Tak, rozbrojona. Wszelkie powiedzonka na "tego typu sytuacje" stały się niestosowne. Nie było w tym nic z narzucania się, zaczepiania. Szczerość. Ten pan nie pomyślał, że się uśmiechnie. Zrobił to. Zawstydzająca szczerość. Marząc o włoskich podrywaczach, wystraszyłam się życzliwego staruszka…

       

      Zdarza się chyba każdemu marzyć o miejscach, które zmieniłyby nasze życie. Jednak tak naprawdę, to nie przedmioty nas zmieniają. Nie mówię o estetycznym zadowoleniu. Mówię o tej lekkości serca. Słowa, gesty, spojrzenia, uczucia… Łatwiej dzisiaj pokonać syberyjski mróz, niż wykrzesać uśmiech do nieznajomego. Łatwiej płakać w kinie, niż w ramionach ukochanej osoby. Wiecie, co robiła moja prababcia, gdy przygasało jej w starym żeliwnym piecu? Otwierała drzwi. Ogień buchał z siłą podobną, do mojego uznania dla jej doświadczenia. A ona uśmiechała się i mówiła: „ Ty też tak potrafisz, tylko jeszcze tego nie odkryłaś”.

       

      Nie ma ludzi złych, są tylko niekochani. Nie jesteśmy wstanie poznać historii każdej smutnej osoby na naszej drodze. Nie jesteśmy w stanie pokochać wszystkich samotnych. Można jednak otworzyć drzwiczki od pieca. Prosty, bezinteresowny uśmiech przemienia niejedno „złośliwe/uparte/nieznośnie/niewyrozumiałe/wyniosłe” serce. Mam na to tysiące historii za dowód.

       

       Marząc jeszcze o toskańskim słońcu, przypominam sobie pewną staruszkę. Znam ją jedynie z widzenia, nie wiem, czy mieszkamy daleko od siebie, jak ma na imię. Jej uśmiech, gdy spotykam ją po drodze powoduje, że jeszcze wsiadając do tramwaju uśmiecham się w środku. A może nie w środku, bo często ktoś przez dłuższą chwilę patrzy na mnie ze zdziwieniem, a potem też się uśmiecha… Ach te zatłoczone poranne miasta. Jedne drzwi się zamykają, inne otwierają, i następne, znów otwarte. Nawet w styczniu zdarzają się przeciągi ;)

       

       

      Jeśli na myśl o bezinteresownym uśmiechaniu się do nieznajomych robi Wam się słabo i zastanawiacie się „co ludzie powiedzą” to chyba pora zrobić coś z tą przenikliwą zimą. Trzeba napalić w waszym „piecu”. Jest mnóstwo sposobów, jak to zrobić i wierzę, że macie obok kogoś, kto się na „tym”, a raczej „na was” zna :) Metod nieskończenie wiele, ale to w końcu blog kulinarny, więc porozmawiajmy o rozgrzewających potrawach :)

      Jak mawia mój znajomy "nawet chłodnik może rozgrzewać, gdy przyrządza go piękna kobieta ":)  Piękno pięknem, zawsze warto mieć w zanadrzu kilka rozgrzewających składników;) U mnie na pierwszym miejscu stoi ostry, pozornie szorstki imbir. Za nim rozgrzewająca już samym kolorem kurkuma. Mamy ognistą parę nr 1. W tym karnawale balują ze znajomymi w klubie "kuchnia indyjska". Tam szukajcie Waszych inspiracji ;)

      Rozgrzewająca zupa z imbirem, chili i brokułami.

      Gotujemy wywar rosołowy ok. 0,5l ( z mięsa będzie jeszcze zdrowszy, ale zdecydowanie szybciej ugotować taki z kostki rosołowej - wybór należy do Was) W oddzielnym garnku rozgrzewamy trochę oliwy, podsmażamy 1 pokrojoną w kosteczkę marchewkę, posiekaną cebulę, brokuł podzielony na różyczki, 2 łyżki startego imbiru, pół małej papryczki chili (oczyszczonej z pestek i pokrojonej w krążki), ząbek czosnku przeciśnięty przez praskę. Wlewamy rosół i gotujemy ok. 20 min. Odlewamy odrobinę zupy do miseczki, dodajemy 2 łyżki śmietany i 2 łyżki mleczka kokosowego ( nie robimy tego w całym garnku, by śmietana się nie zwarzyła). Wlewamy z powrotem do garnka. Doprawiamy do smaku solą, pieprzem i kurkumą. Mieszamy. Doprowadzamy do wrzenia. Odstawiamy, by smaki i zapachy pięknie się połączyły, zgrały. Ponownie podgrzewamy przed podaniem.

      http://www.youtube.com/watch?v=crFQpOCDfEc

      *Na styczniowe wieczory polecam Wam płytę Diany Krall "Quiet nights" piękna, wyciszająca.

       

       

       

       

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      slowikjustyna
      Czas publikacji:
      wtorek, 31 stycznia 2012 01:03
  • niedziela, 22 stycznia 2012
    • Herbaciane nonsensy

       

      Już wieczorna godzina

      zeskakuje z komina,

      zaraz lampę słoneczną punktualny zgasi wiatr

      i na ściany popatrzysz,

      wszędzie chiński teatrzyk,

      w roli głównej – kochany twój cień.

       

      Dwa fotele – dziadygi

      obgadują na migi

      księżycowy śmiejący się pysk.

      Mały czajnik pękaty

      nagotuje herbaty,

      herbaciane bulgocąc nonsensy

       

      kot się łasi jak głupi,

      pewnie znowu się upił,

      może śnił mu się dziś dobry sen.

      A bohomaz na ścianie –

      jakiś pan i dwie panie –

      dziś wygląda jak stary van Gogh.

       

      Lecz poszedłeś o dziesiątej,

      Nagle zbrzydły wszystkie kąty,

      a ten czajnik z herbatą ma po prostu krzywy garb.

      Kot jest głupi jak cielę

      i dziurawe fotele,

      a ten obraz malował Gierasik…

       

      No, a w chińskim teatrze

      nie ma na co popatrzeć,

      główniej roli już nie ma kto grać…

      Może gadam od rzeczy,

      lecz cóż warte są rzeczy,

      kiedy rzeczom tym ciebie jest brak?

      /A. Osiecka/


       

      Zaparzyłam Earl Grey'a z płatkami jaśminu (jaśmin trzymam w ozdobnym szklanym słoiczku, przypomina mi długie letnie spacery i …:) Jestem strasznie sentymentalna, dlatego uwielbiam herbatę - tak między nami, szczerze wierzę, że ma magiczne właściwości. Pasuje do śniegu, do książek, do wierszy, do miłości, do tęsknoty, do smutku, do radości, do przyjaźni, rano, wieczorem, w niedzielę szczególnie. Cudowny napar przywołujący wspomnienia miejsc, wydarzeń, osób... - najpiękniejsza rzecz, jaką może dać nam kuchnia…


       

      Herbata na zimowe wieczory:

      Wrzucamy do dzbanuszka  listki czarnej herbaty, zgniecione ziarenko kardamonu, korę cynamonu i 3 suszone listki mięty. Zalewamy wrzątkiem. Wąchamy, wąchamy, wąchamy… ( łagodniejemy, łagodniejemy, łagodniejemy… mówiłam- magia! ;) Parzymy 3 minuty.

       

      http://www.youtube.com/watch?v=lbSOLBMUvIE&ob=av2n (uwielbiam ten głos…)

      http://www.youtube.com/watch?v=y9Zczm7wSzI (… i ten…)

      http://www.youtube.com/watch?v=fTtgVSxfr5M  (… i te słowa. )

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      slowikjustyna
      Czas publikacji:
      niedziela, 22 stycznia 2012 17:35
  • sobota, 21 stycznia 2012
    • Żyj luksusowo. (Codziennie!)

      Uwielbiam filiżanki! Jedyną rzeczą, która powstrzymuje mnie przed kupieniem nowej jest miejsce w kuchni, a właściwie jego brak :) Mam przyjaciółkę, która pije z filiżanek, by się, jak mówi „ukulturalnić”. Faktycznie, filiżanki mają w sobie coś eleganckiego, bez względu na to, co się w nich podaje, zapowiadają wyjątkową chwilę.

      Pisałam Wam już o tym, że nie warto się spieszyć, że warto szukać swojego stylu. Dziś chcę Was przekonać, że zupełnie bez sensu jest rezerwować luksus na „wyjątkowe okazje”. I że można żyć luksusowo… codziennie.

       

      Kocham luksus. A luksus polega nie na bogactwie i ornamentach, ale na braku wulgarności. Wulgarność to najbrzydsze słowo w naszym języku.

      /Coco Chanel/

       

      Wulgarność… hmmm barbarzyńskie słowo. A co byście mu przeciwstawili? Naturalność, prostotę, nieskrępowaną radość, delikatność? Ot i cały luksus. Zgadzam się z Coco w 100 procentach.

      Myślę, że luksus zaczyna się od naszego wnętrza. Wiadomo, charaktery to dyskusyjna sprawa, a i ja nie jestem aniołem ;) Uważam jednak za zgubne zupełne ignorowanie siebie w imię uniknięcia „egoizmu”. Czym innym jest egoizm, a czym innym przyjaźń z samym sobą. Zawsze zachwyca mnie chrześcijańskie przykazanie: „Miłuj bliźniego swego, jak siebie samego”. Nie będziemy w stanie kochać innych, gdy nie będziemy w zgodzie sami ze sobą. Nie stworzymy pięknego świata wokół siebie, gdy nie będziemy wiedzieli, co nam w duszy gra.

      Macie ten nawyk czytania każdej gazety, która wpadnie wam w ręce? Albo przeglądania wszystkich możliwych stron w Internecie? Włączania przypadkowej stacji w radiu, której koszmarna muzyka ma stanowić tło dla naszych myśli. Doskonale wiem, o czym mówię, sama przez to przechodziłam...

      Zmysły to taka brama naszej duszy. Przez nie odbieramy świat, one kształtują nasze emocje, samopoczucie. I naprawdę nie warto ich bagatelizować. To przez zmysły poznajemy samych siebie. Pamiętacie historię z raju? Kiedy Adam poznał, że jest człowiekiem? Kimś zupełnie wyjątkowym? Wtedy, kiedy przyjrzał się światu. Nazwał zwierzęta i zobaczył, że jest inny niż one. A wiecie, co było potem? Poznał Ewę! Piękna historia…


      Wniosek nasuwa się sam! Jeśli chcesz poznać siebie, nie kupuj książek pt „Poznaj swoją osobowość”, „Odkryj siebie” i takie tam. Są ich całe regały! Poszukaj jakiegoś pisarza, poety, którego teksty wpływają na twoją wrażliwość, sprawiają, że odkładasz książkę i zastanawiasz się nad światem. Trzeba być wytrwałym, mam jednak nadzieję, że macie o sobie wystarczająco dobre mniemanie, by nie starać się poznać siebie na podstawie jednej książki do przeczytania w weekend? ;)

      Gdy zaczniemy się zastanawiać na tym całym światowym "luksusem”, może się okazać, że zupełnie różni się od tego, co naprawdę sprawia nam przyjemność. Dla mnie luksus, to sytuacja, kiedy mogę powiedzieć i zrobić to, co naprawdę myślę. I cała reszta życiowych rytuałów, które staram się celebrować: spacer brzegiem Bałtyku, własnoręcznie upieczony chleb, zapach świeżej pościeli… Luksus to stan umysłu, a nie konta w banku.

       

      Można zjeść kanapkę z serem i być najedzonym. Ale można zjeść kanapkę z serem i być zachwyconym! Upiększajcie swoje życie poprzez proste zmiany.

      Mozzarella in carozza

      Kromki chleba smarujemy masłem. Kładziemy plasterki mozzarelli, składamy dwie kromki. Opruszamy lekko mąką. Rozkłócimy 2 jajka z łyżką wody gazowanej, szczyptą soli i pieprzu. Na patelni mocno rozgrzewamy oliwę. Przygotowane kanapki obtaczamy w jajku i smażymy na złoty kolor. Do środka kanapki możecie dodać ulubione zioła np. bazylię, oregano,  pomidora, oliwki itp. itd.

      Warto tam zajrzeć: http://www.stereomood.com/

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      slowikjustyna
      Czas publikacji:
      sobota, 21 stycznia 2012 14:32
  • piątek, 13 stycznia 2012
    • Nie warto tego czytać...

      Wracałam wczoraj późnym wieczorem do domu. Weszłam do sklepu. Mnóstwo ludzi, 1/3 z papierowym kubkiem kawy ( nic dziwnego, gdyby - na Boga! - nie było po 22), inni robili zakupy na szybką kolację, jeszcze inni ustalali coś przez telefon. Wieczór, a oni nadal byli głową w pracy, a ciałem w sklepie.  Uciekłam przed tą miejską bieganiną w ustronną uliczkę starszej części miasta. Choć padał deszcz, wybrałam dłuższą drogę. Miałam czas…


      Mam czasem wrażenie, jakby filozofią współczesnego świata stał się pośpiech. Uwielbiamy ustalać terminy i stresować się, gdyż prawie zawsze wymykają nam się spod kontroli. Uwielbiamy wszystko, co szybkie i bezproblemowe. W rozmowach posługujemy się hasłami, w relacjach portalami społecznościowymi, a nasze myśli ściśle kontroluje grafik. Napoje energetyzujące, męczarnia w siłowni i tabletki na wszystko: sen, energię, wzrost formy, uspokojenie, oczyszczenie organizmu i bomba witaminowa… szaleństwo, nie sądzicie?

      Zupełnie tak, jakby nasze potrzeby stały się naszym wrogiem. Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego czasem włączamy bezwiednie radio, albo siedzimy przed telewizorem, nie myśląc nad tym, co oglądamy? Te niewinne urządzonka pomagają nam zapełnić potrzebę usłyszenia ludzkiego głosu, potrzebę czyjejś obecności. Współczesna filozofia życia znajdzie niestety na wszystko zamiennik, byle by tylko pokonać czas, konieczność zaangażowania, otwarcia się na innych.

      Mamy weekend. Dwa dni, 48 h, prawie 3000 min. Mnóstwo czasu! Zadziwiające, że większość z nas w ogóle nie zdąży odpocząć. I wcale nie dlatego, że nie chcieli, czy nie mogli. Tylko dlatego, że zapomnieli już, że odpocząć, nie oznacza „zrobić wszystko na poniedziałek”, albo, co gorsza, spełnić jakąś „listę zaplanowanych rozrywek”: kino, lodowisko, shopping, kawa z przyjaciółkami, wizyta u rodziców, telefon do znajomej, dwie książki do przeczytania, film na dvd, nowy przepis do wypróbowania … nawet przyjemności mogą być męczące.

      Zastanówcie się, czego Wam naprawdę brakuje i niczego nie planujcie! Zróbcie wcześniej zakupy, odpiszcie na wszystkie maile, sprzątnijcie i obudźcie się w sobotę rano i nie myślcie o tym, co trzeba/wypada/ należy. Na litość boską, wyluzujcie. Świat się nie zawali;) A jeśli wykręcacie się, że nie możecie sobie na to pozwolić itp. itd., może nie warto czytać tego bloga, tylko poświęcić, choć pół godzinki na prawdziwie swoje życie?

      Godziny spędzone na fb zamieńcie na prawdziwy przyjacielski uścisk. Zamiast szybkiego jedzenia na mieście ugotujcie coś z bliskimi. Czasem szukamy ukojenia tam, gdzie go nie ma. Posłuchajcie ciszy… Poćwiczcie spacerując. Zostawcie dvd i popatrzcie na wasze życie. Dzisiejszy dzień pokazał mi, że warto otwierać swoje serce dla innych. Mam nadzieję, że Wy też to poczujecie! A więc zaczynamy weekend, tak ?

       

      Co powiecie na grzane wino?

      Najlepsze do tego będzie czerwone półwytrawne. Można je później posłodzić miodem lub cukrem. Ja robię je tak: (na jedną butelkę wina), wlewam wino do rondelka, dodaję 2 pokrojone w plastry pomarańczy (wcześniej dokładnie wyszczotkowane), 2 kawałki kory cynamonowej, 6-7 goździków, odrobinkę azjatyckiej konfitury z imbiru. Jeśli chcecie, możecie dodać wedle uznania, takie cudeńka, jak: gałka muszkatołowa, cynamon, pieprz, kardamon, kminek, anyż. Szczególnie te dwa ostatnie gwarantują oryginalne doznania ( przecież każdy lubi czasem zaszaleć;) Koniecznie trzeba pamiętać, że wino musi się gotować bardzo wolno, absolutnie nie może się zagotować. 

      Ps: pada już u Was śnieg? bo na mój dach podobno tak... ;)

      http://www.youtube.com/watch?v=FsJWSDe44Uk&ob=av3e

      http://www.youtube.com/watch?v=Pmu1lc5wAQk

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      slowikjustyna
      Czas publikacji:
      piątek, 13 stycznia 2012 23:48