Miłość i inne przystawki...

moja osobista, zupełnie nie dietetyczna wizja życia pełnego miłości

Wpisy

  • sobota, 25 sierpnia 2012
    • Drożdżowe rogaliki na "dzień dobry!"

      Jak cudownie, że znów sobota! Samo brzmienie tego słowa działa na mnie inspirująco! Dziś rano w radiu obudziła mnie piosenka, której słowa pasują w sam raz na sobotni poranek:

      Bo chodzi o to by od siebie
      nie upaść za daleko
      Jak te dwa łyse kamienie nad rzeką
      Chodzi o to
      By pierwsze chciało słuchać
      Co mu to drugie
      powiedzieć chce do ucha (...)

      Dzień dobry
      Kocham cię
      Już posmarowałem tobą chleb
      Dzień dobry
      Kocham cię
      Nie chce cię z oczu stracić więc
      Jeszcze więcej Dzień dobry
      Kocham cię
      Podzielimy dziś ten ogień na dwoje
      Dzień dobry
        Kocham cię ...


       

      Mam dla Was dzisiaj przepis na drożdżowe rogaliki. Świetne do porannej kawy, na piknik czy pogaduszki z przyjaciółmi. Ich zapach wyciągnie z łóżka nawet największego śpiocha! Włóżcie w ich przygotowanie całą radość, którą nosicie w sobie, a przekonacie się, że nie trzeba być cukiernikiem, by serwować wspaniałe, imponująco wyglądające drożdżówki.

       

      Potrzebujemy:

      1 kg mąki

      1,5 szklanki mleka

      150 g margaryny lub masła

      2 jajka

      100g drożdży (świeże)

      7 łyżeczek cukru

      szczypta soli

      marmolada/owoce/czekolada

       

      Lekko podgrzewamy mleko, odlewamy pół szklanki, resztę gotujemy z masłem/margaryną. Mąkę łączymy z cukrem, następnie zaparzamy ją mlekiem z tłuszczem ( „zaparzanie” to nic innego jak zalewanie wrzątkiem i delikatne, czułe mieszanie, by uzyskać drobne, lekko zlepione grudki). Po przestudzeniu dodajemy drożdże, uprzednio rozpuszczone w odlanej na początku połowie szklanki mleka. Wyrabiamy ciasto ( ponieważ jest to ciasto drożdżowe, jego wyrabianie jest dość pracochłonne, należy robić to tak długo, aż ciasto przestanie się lepić do dłoni i będzie miało zwartą konsystencję. Pod żadnym pozorem nie dodawajcie więcej mąki, sami będziecie zdziwieni, co może sprawić zaangażowanie i wytrwałość). Pozostawcie ciasto w dużej misce, przykryjcie lekką ściereczką i odstawcie do wyrośnięcia w ciepłe miejsce ( zazwyczaj wystarczający czas to ok. 30 min ). Gdy ciasto podwoi już swoją objętość, przekładamy je na czyściutki, posypany lekko mąką blat i rozwałkowujemy w koło ( tylko nie gniećcie i nie rzucajcie ciastem!). Spokojnie, koło będzie naprawdę dużej średnicy, ciasto musi być jak najcieńsze. A teraz wydzielcie trójkąty zaczynając od dzielenia koła na połowę, ćwiartki, ósemki. Z dużego koła robię 16 dużych rogalików. Dobrym pomysłem jest też, tuż po wyrobieniu ciasta, podzielenie go na dwie kule, wówczas mamy dwa koła o mniejszej średnicy, a tym samym mniejsze rogaliki. A więc mamy przed sobą trójkąty równoramienne- kładziemy przy ich podstawie odrobinę marmolady lub kawałek czekolady (czy co tam Wam jeszcze przyjdzie do głowy) i zwijamy do środka, aż zakończymy od strony najostrzejszego kąta. Układamy na blaszce (pamiętajcie o cienkiej warstwie tłuszczu lub papierze do pieczenia), pozostawiamy na ok. 10 min do ponownego wyrośnięcia, smarujemy roztrzepanym jajkiem, by miały piękną błyszczącą skórkę (najlepszy do tego będzie gruby pędzel) i wstawiamy do rozgrzanego piekarnika (ok. 180stC) Pieczemy na złoty kolor. Po wyjęciu posypujemy cukrem pudrem. Dobrego dnia!

      Zapraszam na "czesławowy' profil na Facebooku:

      http://www.facebook.com/KolacjaZCzeslawemInspiracje

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      slowikjustyna
      Czas publikacji:
      sobota, 25 sierpnia 2012 12:13
  • czwartek, 16 sierpnia 2012
    • Fartuszek od Pani Child.

      Woody Allen w filmie „Czasami życie bywa znośne” powiedział o Wisławie Szymborskiej, że „ma wielki wkład w moje zadowolenie z życia”. Słowa te w moim przypadku słusznie byłoby odnieść do Julii, wczorajszej solenizantki.

      Pamiętam, że kiedyś na pytanie, co potrafię ugotować, z dumą odpowiadałam: „jajko na twardo i herbatę z torebki”. Niestety jajko też nie zawsze wychodziło, kiedyś zapomniałam, wyszłam z domu i … wiedzieliście, że jajko odpowiednio długo gotowane ma moc zrobienia dziury na wylot w metalowym garnuszku? Raz naprawdę uparłam się, by zrobić krem kajmakowy z mleka skondensowanego (trzeba gotować odpowiednio długo na wolnym ogniu, znacie ten przepis?). Niestety, pewne cechy charakteru są z nami od zawsze – gdyby nie moja niecierpliwość ( szybko, gotuj się szybko! Może podkręcić jeszcze ogień…) i roztargnienie ( jeszcze tylko chwilka przed telewizorem, w kuchni na pewno wszystko gra ) w mojej rodzinnej kuchni ściany do dziś miałyby kolor ecru. Trzeba było go zmienić – kolor kajmakowy wyglądał jakoś mało apetycznie i nierówno rozkładał się na ścianie ;)

      Nie wiem, czy Wam to powiedzieć… byłam tez wielką fanką fast-foodów. Pachnące równiutkie fryteczki z McDonalda… To było coś, co poprawiało nastrój i … niestety dodawało centymetrów w talii. A że presja szczupłych nastolatek była zbyt silna, zaczęłam nosić sportowe ubrania - na pewno nie służyłyby żadnej figurze. Miłość, która pozostała mi z tamtego okresu to książki – i tutaj Was zaskoczę! - choć wolałam sprzątać niż gotować, czytałam też kulinarne! Uszczuplijmy- tylko autorstwa Pascala Brodnickiego… ten akcent, styl bycia, to było coś! Poza tym kuchnia to było miejsce zagrożenia, które pokaże moje słabości i raczej nie miałam ochoty się z tym zmierzyć. Wierzyłam, że gotowanie może dawać radość tylko wtedy, gdy jest się zdyscyplinowanym chemikiem- cudotwórcą, wokół którego garnki tańczą na stole jak przed Bellą w „Pięknej i Bestii”.

      Gdy trafiłam do liceum pod dowództwem sióstr zakonnych (gdzie lekcje odbywały się także w sobotę) nauczyłam się błyskawicznie jeść i sprzątać, by mieć więcej wolnego czasu. I choć siostry gotowały cudownie, nie było tam zbyt wiele miejsca na własne szaleństwa kulinarne.

      Na studiach, wiadomo, myśli się o jednym – jakby tu przyjemnie spędzać czas… Chodziłam na zajęcia, które zaczynały się możliwie najpóźniej, na te poranne zawsze z termosem gorącej kawy (zarządzanie studenckim budżetem to prawdziwa szkoła oszczędzania, kawa na mieście- to byłoby istne burżujstwo! ;). Uwielbiałam marnotrawić dni z przyjaciółmi i kupować tylko takie książki, które miały ładną okładkę. Tak trafiłam na biografię Julii Child „Moje życie we Francji”. Oszczędzę Wam kolejnej recenzji tej książki, możecie znaleźć ich mnóstwo.

      Julia Child pokazała mi, że żeby cieszyć się życiem nie trzeba być idealnym. Potrzeba ciekawości świata, odwagi, charakteru i osób wokół, z którymi czujemy się naprawdę dobrze: „Miałam potwornie późny start.- powiedziała Julia w jednym z wywiadów - Zaczęłam gotować w wieku 32 lat, wcześniej tylko jadłam”.

      „Zwyczajne składniki kupione w każdym sklepie mogą zamienić się w prawdziwe dania. (…) Potrzeba tylko dwóch przypraw wyjątkowych: czasu i miłości - do ludzi i do gotowania”.

      "Jedyny czas, kiedy warto być na diecie, to czas oczekiwania na usmażenie steku"

      I mój ulubiony cytat: „Najważniejsze to dobrze się bawić”.

      Dzięki Julia! W dużej mierze sprawiłaś, że moja kuchnia stała się bardziej przyjazna dla moich bliskich, przyjaciół, ale przede wszystkim dla mnie samej. I przynajmniej wiem, że ta odrobina dodatkowego tłuszczyku to skutek zmysłowego próbowania prawdziwie pysznego jedzenia, bez żadnych wyrzutów sumienia. A niech mnie! Kupiłam piękny fartuszek idealnie podkreślający talię i z zadziornym uśmiechem przy kieliszku wina powiem tylko wszystkim będącym wiecznie na diecie „Buon apettit!”.

       

      Spróbujcie sami:

      Julia Child Moje życie we Francji

      Simone Beck & Julia Child Mastering the Art of French Cooking

      artykuły: http://www.kuchniaplus.pl/kuchnia_encyklopedia-kuchni_214_julia-child-i-jej-rewolucja.html

      http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53662,7103518,Tu_Julia_Child__Bon_app%C3%A9tit_.html

      … I jeszcze świetny film z Meryl Streep w roli Julii: http://www.filmweb.pl/film/Julie+i+Julia-2009-465594

      Post scriptum:

      Czy wiecie, że Julia jest nazywana matką chrzestną wszystkich współczesnych gwiazd kulinarnych, które prowadzą swoje programy w tv. Była prekursorką takiego show. A wszystko zaczęło się, gdy do programu tv, w którym miała promować swoją nową książkę przyniosła naczynia, garnki, łyżki i po prostu zaczęła gotować. Widownia podobno oszalała z radości...

       

      A poniżej jeszcze pocztówka, którą państwo Child wysłali znajomym z okazji święta Walentynek. W 1966 roku w "New York Times" Julia powiedziała: "Myślę, że rolą kobiety jest wyjść za mąż za fajnego faceta i cieszyć się życiem domowym".

      Zapraszam też tutaj: http://www.facebook.com/KolacjaZCzeslawemInspiracje

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Fartuszek od Pani Child. ”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      slowikjustyna
      Czas publikacji:
      czwartek, 16 sierpnia 2012 12:32
  • wtorek, 24 lipca 2012
    • Latem gotuję boso, czyli trochę więcej przepisów.

      Nie trzeba wyjeżdżać daleko, by czerpać radość z lata! Słońce, przyjaciele i pogoda ducha to wszystko, czego właściwie potrzeba. A gdy dodamy jeszcze pyszne przekąski, kolorowe drinki i pozytywną muzykę może być naprawdę wspaniale!

       

       

       Choć minimalizm powinien mieć w słowniku miejsce jak najdalej od lata, w wakacje bez cienia żalu rozstaję się z kilkoma rzeczami - bez nich jest mi po prostu lżej… skomplikowane przepisy, niewygodne stroje i rozmyślanie nad tym, "co by było, gdyby" z pewnością nie będą mi potrzebne...

       

      A! zapomniałabym jeszcze o jednej rzeczy! Koniecznie wyrzućcie pomysł na „zorganizowane bankiety”! Jestem przekonana, że bardziej niż wystylizowane przyjęcia i homar w kawiorze Waszych znajomych ucieszy spontaniczna zabawa „pod parasolką” (taką ogrodową i taką z drinka ;) Nie ma sensu spędzać kilku godzin na przygotowaniu i jeszcze kilku na sprzątaniu – lato rządzi się prostotą, kieruje fantazją i ucieka od konieczności!

       

       

      Mam taki nieznośny nawyk ciągłego poszukiwania nowych wrażeń estetycznych. Wiąże się to z wieloma szalonymi pomysłami i zaskakującymi sytuacjami. Przypaliłam już niejeden sweter od ogniska, nadal jednak nie jestem w stanie przekonać się do sportowych bluz. Gdy byłam mała, zasypałam taras w naszym domu piaskiem, który nosiłam w wiaderku z piaskownicy – tak bardzo marzyła mi się plaża pod stopami! Tak, morze to coś co uwielbiam latem! Od Bałtyku mrożącego krew w żyłach, z pięknymi bursztynami i porannymi kutrami, po rozgrzane i bajecznie wyglądające plaże Włoch, Francji czy Hiszpanii (od wielu lat zbieram muszelki, które skrupulatnie układam w ozdobnych słoiczkach i ozdabiam karteczkami z nazwą miejsca, z którego pochodzą, mój ostatni nabytek to muszelki z Morza Azowskiego- prezent od przyjaciół).

       

       

      Mojito to zdecydowanie mój ulubiony drink na letnie popołudnia. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie chciała coś pozmieniać od czasu do czasu. Tym bardziej spodobała mi się propozycja na

      Arbuzowe Mojito. Mhm….

      Potrzebujemy:

      4 duże listki mięty

      ½ limonki

      1 łyżka stołowa brązowego cukru

      ½ filiżanki lodu

      60 g białego rumu

      120 g arbuzowych kuleczek/ kawałeczków

       

      Panna cotta z musem owocowym

      Panna cottę klasycznie podaje się w formie z odwróconej miseczki. Wersja ta sprawdza się, gdy deser zostanie zjedzony zaraz po pojawieniu się na stole, a w pomieszczeniu jest powiedzmy, optymalna temperatura. Na czas letni, gdy wolę spędzać czas w ogrodzie ze wszystkimi niż w kuchni szykując skomplikowane kompozycje, wymyśliłam wersję „w słoiku” ( nie spłynie z talerzyka, można zrobić wersję dla każdego w mniejszych ładnych słoiczkach, „wspólnotową” w jednym dużym + puste miseczki, polać musem każda porcję, lub postawić oddzielny słoiczek z owocową polewą)

      Przepis:

      Namocz 2 listki żelatyny w odrobinie zimnej wody. 200 ml śmietany kremówki, 200 ml mleka i 2 łyżki cukru podgrzej maksymalnie w rondelku, ale nie gotuj. Dodaj odciśniętą żelatynę i dokładnie wymieszaj. Przelej do przygotowanych naczyń i wstaw do lodówki na min 5h.

      Mus: Tutaj możliwości są nieograniczone. Można wykorzystać praktycznie wszystkie sezonowe owoce i ich kombinacje. Truskawki czy brzoskwinie wystarczy zmiksować z cukrem. Maliny, jabłka, gruszki, jagody wolę wcześniej zagotować z odrobiną wody i cukrem, a następnie podać schłodzone. Pycha!

       

       

       

      Zapewne nic nie zastąpi smaku ryby łowionej o świcie na rybackich kutrach i serwowanej w smażalni tuż przy wydmach. Za bardzo jednak lubię ryby, by rezygnować z nich nawet wtedy, gdy do morza długa droga. Poza tym ryby to świetna odmiana na grillu, dokonały pomysł, by zjeść obficie i być na tyle lekkim, aby dołączyć do gry w badmintona czy siatkówkę.

      Dorsz pieczony

      z pomidorami, świeżą bazylią, mozzarellą i parmezanem

      Ułóż filet ryby na sporym kawałku papieru do pieczenia lub folii aluminiowej nasmarowanej oliwą(brzegi muszą być na tyle wysokie, by można je było później złączyć). Skrop go oliwą ( lub ułóż kawałeczki masła) przypraw solą, pieprzem ziołowym i kropelkami cytryny, a następnie poukładaj plasterki mozzarelli i pomidora (doskonałe są do tego małe, koktajlowe, ale te nasze „lipcowe” też będą smaczne). Posyp świeżą bazylią i parmezanem. Skrop jeszcze odrobiną oliwy i zawiń wszystko, łącząc brzegi folii lub papieru. Piecz na dobrze nagrzanym grillu.

       

       

      Wykorzystajcie lato do ostatniej ( smakowitej ) kropli! :)


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Latem gotuję boso, czyli trochę więcej przepisów.”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      slowikjustyna
      Czas publikacji:
      wtorek, 24 lipca 2012 15:08
  • piątek, 20 lipca 2012
    • trochę z lata, trochę z życia. moje.

      Lato to dobry czas, przyznacie sami. Rytm dnia zwalnia nawet u tych, którzy urlop mają już dawno za sobą. Naturalnie budzi się w nas potrzeba wykorzystania nagromadzonej energii słonecznej, więc stajemy się wrażliwsi, otwarci na nowe doznania zmysłowe. Wyruszamy na poszukiwanie: zacienionego leżaka, pysznej lodziarni, ekscytującej przygody, inspirujących znajomości, kierunku na mapie, życiowej mądrości, odpowiedzi na tysiące pytań

      Czytałam kiedyś wspomnienie pewnej młodej malarki, która próbowała wykorzystać spotkanie z genialnym impresjonistą Claudem Monetem na poprawienie swojej techniki malarskiej pod okiem mistrza. Wyjątkową trudność sprawiało jej malowanie nocy. „Jak przenieść na płótno, jak odzwierciedlić farbami kolory nocy?” pytała w napięciu, licząc, że oto właśnie nadchodzi rozwiązanie, które otworzy jej malarski warsztat na zupełnie nowe umiejętności, które przemieni oczekiwanie w spełnienie, rozżalenie w satysfakcję. „Droga Pani! –rzekł Monet- nie ma potrzeby, by kopiować noc, malować ją, odtwarzając jedynie czyjeś ruchy, myśląc: czarny kwadrat tu, brązowy tu, granatowy tu. Zupełnie nie! Noc mieni się tysiącem barw, które odkrywa Pani w swojej wyobraźni, które są ubrane w muzykę zasypiającej tawerny, muśnięte dotykiem kochanka… Pani może oglądać noc, ale na płótnie znajdzie się ostatecznie obraz nocy, który widzi Pani w swojej duszy. To jest najcenniejsze”.

      Jak się domyślacie, nieobecność na ‘Czesławie’ da się jakoś wytłumaczyć! ;) O tak… w ostatnim czasie miałam mnóstwo okazji do przyglądania się, z bliska lub daleka wielu relacjom i osobom, które je tworzą. Zastanawialiście się kiedyś, jak to się dzieje, że są osoby, dla których życie, nawet z pozoru najprostsze to nieskończone źródło inspiracji, miejsce do odkrywania wciąż nowych emocji, szukania najlepszych słów na określenie tego co widzą, czują? Bije od nich tak dużo pozytywnej energii, że pod jej wpływem zaczynamy sami szukać swoich marzeń, chcemy oddychać głębiej, szybciej, mocniej!

       

      Jest też druga strona stołu: osoby, które mają tak wiele planów, że dnia nie wystarcza im już na ich realizowanie, malkontenci, którzy nie osiągnęli celu, czasu, miejsca, który sobie wyznaczyli. Są jak malarka chcąca uchwycić technikę mistrza, by jej malarstwo święciło triumf równy jego obrazom. Tak naprawdę, nie jest dla niej istotna noc, a jedynie sposób, w jaki należałoby ją namalować. Znacie ulicznych sprzedawców obrazów? Dlaczego ich obrazy, choć tak doskonale odzwierciedlają rzeczywistość nie zajmują miejsca w muzeach?

      W sztuce, w życiu, w relacjach nie szukamy wbrew pozorom idealnych obrazków, fotograficznych scenek. Szukamy prawdziwych emocji, które często nie są ani bezpieczne, ani „na miejscu”. Intrygują nas marzenia, które nie są na pokaz, słowa, które komunikują, a nie tylko robią „dobre wrażenie”, wyzwania odnajdywane w głębi serca, a nie w oczach innych ludzi. Autentyczność - oto zaleta godna prawdziwych smakoszy życia i wspaniałych kompanów w jego odkrywaniu!

      Długo mnie tu nie było, opowiem Wam więc jeszcze jedną historię…

      Kilka dni temu poznałam osobę tak inspirującą, że nie mogłam o niej tu nie napisać, tym bardziej, że potwierdza moje przemyślenia. (Imienia nie zdradzę przez wzgląd na krótką znajomości i niewielką zażyłość ;). Był to mężczyzna, mniej więcej 50 lat, opalony ostrym słońcem południa, które mocno przesiąkło w skórę, zmieniając jej naturalną barwę. Oczy miał błękitne jak ocean, równie spokojne i ujmujące jak chłodząca tafla lodu w upalne popołudnie. Strój dostosowany do okoliczności letniego party, a jednak podwinięte rękawy koszuli, lekko rozpięty kołnierzyk i naturalny materiał szeptały, zdradzając: „na nic mi wasze kanony stroju, gdyby nie mogły mi ulżyć w tym upale ”. Nonszalancji stroju wtórowała małomówność i uważna obserwacja otoczenia. Artysta o inteligencji naukowca, inteligent o duszy artysty – miałam już dla niego towarzyską metkę, gdyby nie jedna, jedyna rzecz– spracowane, zabarwione ziemią dłonie . Panie powinny wiedzieć, w czym rzecz – wyobraźcie sobie Gerrego Butlera z dłońmi rolnika! A więc, jak to bywa na letnich przyjęciach zaczęła się lekka rozmowa… Nie, nie - jego wygląd to nie był wystarczający dowód wyjątkowości, dystans do blichtru letniego party też nie. Stanowiła go dopiero historia, która zburzyła wśród zgromadzonych pań wszelkie złudzenia i nadzieje na sielankową wręcz przyszłości z owym dżentelmenem (stanu wolnego). Ale do rzeczy: Wyraźnie widać było, iż mężczyzna miał w sobie coś z ruchów typowych mężczyznom z Ameryki Południowej i jak się okazało – intuicja mnie nie myliła. Swoją młodość spędził na studiowaniu filozofii w Kolumbii. Kochał jedną tylko kobietę, która wybierając małżeństwo z innym, zmusiła go do wiecznego i bezskutecznego poszukiwania swego wspomnienia w pozostałych na świecie niewiastach. Przekleństwo pierwszej miłości nie padło z jego ust wprost, ale łatwo było je usłyszeć „między słowami”. Kochał prawdziwy zapach życia, którym dla niego, zarówno w Kolumbii jak i w Polsce nie była wcale biblioteka pełna Platonów czy Wolterów, ale ziemia spieczona latem. Rozkwitająca pod jego wzrokiem pełnym pasji, niczym chłodzący, nawadniający deszcz. Ten człowiek był rolnikiem. Uprawa ziemi była jego poezją, muzą. Na litość, pomyślałam! Wychowałam się na wsi i nigdy nie wierzyłam w filmowe historie o rolnikach z wyboru, z duszami artystów kochających się w swoich winnicach i takie tam. A jednak ten człowiek kochał życie! Kochał swoje cierpienie, swoje zmęczenie, swoje dłonie, których nie da się domyć na tyle, by pasowały do wyjściowej koszuli. Kochał tak bardzo, by być sobą, by nie udawać, by opowiedzieć tę historię życia ryzykując względy zadbanych miejskich dam. Cholerka! pomyślałam, wypijając z wrażenia resztę w kieliszku.

      Wracałam do domu z przyjęcia pełna szalonych rozważań. Ile razy oglądamy własne życie oczami innych, jakby nam samym wmówiono jakąś nieuleczalną krótkowzroczność? Ile razy kupujemy marzenia od handlarzy „all inclusive”, by nikt przypadkiem nie posądził nas o brak obycia? Ile razy zadzwoniliśmy, by spytać „co słychać” i nie słuchać odpowiedzi? Czytałam nie raz, że za modą trzeba gonić, trendy śledzić, decyzje konsultować, emocje kontrolować, a znajomości utrzymywać przy życiu (wybaczcie, ale to zwrot dobry jedynie, gdy mówimy o respiratorze ). Nie wierzę w te cudowne hasła! Jak mówi bohater jednego z moich ulubionych filmów "jedni zajmują się życiem, inni umieraniem". Pierwsi mają czas, drudzy tylko terminy.  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „trochę z lata, trochę z życia. moje.”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      slowikjustyna
      Czas publikacji:
      piątek, 20 lipca 2012 13:47
  • wtorek, 01 maja 2012
    • Biedronki w pościeli, topole staruszki i księżycowa lampa.

      Zasiadłam przy starym, drewnianym stole. Swego czasu z dumą prezentował się w typowo wiejskiej kuchni, w towarzystwie statecznego pieca i uroczego kredensu, w którym zawsze można było znaleźć landrynki tak słodkie, że nawet cukier przegrywał konkurencję. Pamiętam tę kuchnię doskonale – zapach ciasta drożdżowego, makatki na ścianie z napisami typu: „Gdy kochająca żona gotuje, mężowi zawsze smakuje” i drewnianą deskę do chleba (chleba, który przed krojeniem zawsze naznaczało się krzyżykiem i całowało –rytuał, raczej nieosiągalny przy dzisiejszych „krojonych bułkach wrocławskich” w foliowych torebkach). Okno zastawione czerwonymi pelargoniami wychodziło w stronę niewielkiego ogródka, który przysłaniał plac przed parafialnym kościołem.

       

      Myślę, że kuchnia mojej prababci, jak i wiele jej podobnych, mogłaby stanąć w zawodach ze współczesnymi projektantami „praktycznych rozwiązań kuchennych”. Nie wiem, jak to się działo, ale stół zawsze idealnie mieścił się w futrynie drzwi, by w razie potrzeby, wyniesiony w długie letnie wieczory przyjmować gości pod księżycową lampą. Nigdy nie zabrakło też krzeseł dla licznych gości, choć zawsze, gdy próbowałam je policzyć wypadało, ze stoi ich dokładnie 6. Pamiętam też taki metalowy kubeczek, w którym herbata nie stygła nawet przez pół dnia...

       

       

      Tak więc, jak już wspominałam zasiadłam przy starym stole. Stoi dziś na tarasie mojego rodzinnego domu. Wokół topole staruszki, grusza posadzona jeszcze przez mojego pradziadka, pachnące kasztany z przykościelnego ogrodu. Pszczoły z determinacją dobijają się do szklanki soku, pies leniwie wygrzewa na słońcu. Otwarty laptop, kilka gazet, telefon  – atrybuty tak oczywiste w mieście, stały się w tym momencie jakieś takie „niestosowne”. Choć na wsi spędziłam większość swojego życia, w jednej chwili poczułam się jak intruz.

       

      Wieś uczy pokory. Bezdyskusyjnie narzuca wolniejszy tryb, zmusza do cierpliwości. I nie mówię tu tylko o jedynym autobusie do najbliższego miasta, jeżdżącym co 3-4 godziny (… co w zderzeniu z miejskimi tramwajami i metrem co 2 min już zdaje się być swoistym since-fiction). Jakież było moje zdziwienie, gdy wybierając się dziś rano po pieczywo zobaczyłam zamknięte drzwi sklepu. Niestety wypisanych godzin pracy na drzwiach też nie było. „Otwarte, kiedy jestem” – żartował później sprzedawca. Nie wiem, czy wiecie, ale większość polnych kwiatów – jak na przykład moje ukochane bławatki zwane chabrami- powinno zrywać się jedynie wczesnym rankiem, w przeciwnym wypadku zwiędną zaraz po wstawieniu do wazonu. Tak więc – jeśli nie chcesz mojej zguby, wcześnie na łąki musisz iść Luby ;)

       

      Myślę, że niejeden „ekologiczny Warszawiak” porzuciłby swoje wzniosłe „zielone” ideały po zderzeniu z prawdziwie wiejskimi nawykami kuchennymi– mleko przelewane z wiadra do wiadra (opłukanego jedynie wodą ze studni), twaróg według domowej receptury zawinięty w lnianą ściereczkę czy jaja od kur, które chodzą naprawdę gdzie chcą ( i nie jest to bynajmniej zielona, równo przystrzyżona trawka, jak pokazuje niejedna reklama). Biedronki w pościeli, pszczoły przy śniadaniu i komary przy kolacji. Mam znajomych, którzy zachwycają się włoskimi cykadami, ale konik polny w progu łazienki zaraz po pobudce to dla nich doświadczenie aż nazbyt stresujące:) A! -zapomniałam jeszcze o żabach, które zdeterminowane poszukiwaniem partnera, zagłuszą ścieżkę dźwiękową nawet filmu wojennego!

       

      Na wsi można odpocząć. Nie będzie to jednak wypoczynek na twoich zasadach. Musisz dać się pokierować naturze. Pozwolić, by obudził cię piejący za oknem kogut, który nie działa jak ustawiony budzik- daje znać, kiedy sam się wyśpi – ot, co! jest w końcu panem kurnika – dobrze prosperującego przedsiębiorstwa, które zapewnia świeżutką jajecznicę ze szczypiorkiem na śniadanie :). Trzeba wziąć również pod uwagę, że i na rowerowej wycieczce możena natknąć się na korek – i to nie byle jaki, bo krów wracających właśnie z pola. Najedzone, leniwe idą najczęściej wolniej niż zachodzące w ich tle słońce. Być może nigdy nie dowiesz się także, co tak właściwie znaczy określenie „gdy wrócimy z pola” lub „rano” wypowiadane w tak „oczywisty i zrozumiały” sposób przez niejednego mieszkańca wsi.

       

      Zasiadłam przy starym drewnianym stole na tarasie. Co chwilę przesuwam się, uciekając przed słońcem, które wyraźnie zmienia swoje miejsce na niebie właśnie tak, by nagrzewać mi klawiaturę laptopa. Obok, po ostatnim kęsie sernika chodzi osa – chciał, nie chciał – trzeba się podzielić.  Zamknęłam oczy, poddając się dźwiękom słowika w oddali- jest tak zajmujący, że nawet płyta Carli Bruni zdaje się być mało subtelna. Łagodnieję. Zdaje się, że całą energię pochłaniają teraz zmysły- one też zmieniły tryb działania. Pachnie zbliżającym się latem, a gdy zawieje wiatr czuć upojną woń bzu, który drażni i jednocześnie inspiruje. Może pora na popołudniową drzemkę? Domownicy zniknęli, koguta za płotem też nie słychać… zdaje się, że nie pozostaje nic innego, jak zdać się na jego wrodzoną intuicję...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Biedronki w pościeli, topole staruszki i księżycowa lampa. ”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      slowikjustyna
      Czas publikacji:
      wtorek, 01 maja 2012 16:26
  • piątek, 27 kwietnia 2012
    • Cieplejszy wiatr.

      Gdy spacerowałam wczoraj jedną z uliczek miasta, zapadał zmierzch, a na dworze było coraz chłodniej, na mojej drodze stanęła dziewczynka. Miała śniadą buzię, kruczo czarne włosy podkreślone kolorem żółtej kurtki i oczy w kolorze bursztynu, który w tajemniczy sposób zamyka swoją historię, dając się czasem przejrzeć w promieniach światła. Za małą dziewczynką podbiegł jej niewiele starszy brat. Najpierw ona, potem on wyciągali pustą dłoń po „pieniążek”. Przesiąknięta historiami o nieuczciwych interesach, które kryją się za ulicznymi żebrakami, nie położyłam nic na pustej rączce. Poszłam dalej, zaciskając swoją dłoń w dłoni mego towarzysza, by było mi choć trochę cieplej…

       

      Nie będę się tutaj rozwodzić nad „niesprawiedliwą rzeczywistością”. Jest jednak pewna rzecz, która zawsze uderza mnie w spojrzeniu tych małych, ulicznych dzieci o egzotycznej urodzie - wzrok pełen pragnienia akceptacji. I wiecie, co jest najdziwniejsze w tym pogmatwanym świecie? Że nie ważne, czy masz na sobie buty od Louboutin’a i torebkę od Chanel, marynarkę Gucci czy jacht zacumowany przy Lazurowym Wybrzeżu – ten wzrok pełen bolesnego pragnienia można dostrzec też u tych, którym w życiu „się powiodło”.

       

       

      Nie chodzę po ulicy boso i uwielbiam piękne rzeczy. Dobrze uszyte sukienki, ozdobne zastawy stołowe i barokową biżuterię. Jestem jednak przekonana, że w całej tej gonitwie za wystawniejszym życiem ( w której uczestniczymy bardzo często nawet nieświadomie ) nie odnajdziemy zaspokojenia tego, czego najbardziej nam brak. Każda sukienką musi rozkwitnąć w czyichś oczach, zastawa stołowa cieszy, gdy jest tylko tłem do uśmiechów, które się nad nią unoszą, a barokowa biżuteria jest najmniej warta, gdy nie przywołuje żadnego obrazu z naszej osobistej przeszłości.

       

      Byłam ostatnio świadkiem takiej sytuacji: Drogeria, wczesne popołudnie. Podniosłam głowę znad półki z kosmetykami. Głos kobiety wyraźnie zaniepokoił nie tylko ekspedientkę. Brzmiał raczej jak błaganie o pomoc niż pytanie o drogę. „Poszukuję zapachu … zapachu miłości, tak go reklamują … Love, Love czy jakoś tak”. Znacie mnie już trochę, wiecie więc, że takie słowa nie minęły mnie obojętnie. Kobieta była wyjątkowo zadbana, ubrana klasycznie, powiedzmy skromna elegancja. Ani diwa salonowa ani bogini seksu, ale bardzo szykowna. Wydaje mi się, że taka, jaką lubią mężczyźni. No i jeszcze „zapach miłości” na skórze! Ta jednak nie miała w oczach nic z kobiety kochanej.

       

      Szukamy akceptacji. Bezustannie. I czasem, gdy nasze serce doświadczyło jakiejś bolesnej sytuacji, gdy czujemy się samotni, szukamy jej po omacku. Zobaczcie, jak bardzo niesamodzielni jesteśmy we współczesnym świecie. Chowamy w zanadrzu obrazy, które pokażą nam, jak "żyć idealnie". Zapach miłości, smak pożądania, teorie na szczęście, idealna sylwetka, kanon piękna i cały ten misz-masz. Perfumy takie jak „Love love” (faktycznie istnieją!) nie powstają przecież, bo taka jest moda, trend. Zdradzają raczej, jak bardzo jesteśmy osamotnieni ze swoimi emocjami. Jak trudno nam je interpretować, rozmawiać o nich i co najważniejsze – przeżywać je.



       

      Wiem, o czym mówię. Wiem, bo słucham, patrzę, żyję wśród wielu współczesnych, pięknych, „realizujących się" i jakże smutnych kobiet. Widzę, jak troszczą się o swoje ciało i umysł, jak uczą się piątego języka obcego i robią tysiące akrobatycznych rzeczy na drodze do „ideału”, by w jakąś sobotnią, imprezową noc oddać się przypadkowo spotkanemu mężczyźnie. I znam tak wielu mężczyzn, którzy są w stanie schować męską dumę do kieszeni i upozorować się na jakiegoś chłoptasia z Hollywoodu, byleby tylko znaleźć akceptację w oczach dziewczyny.

       

      Wierzycie mi, czy nie, jest coś, co z „akceptacji” nie czyni morderczej walki o uwagę innych. Co pozwala rozkwitać relacji i nie robić z niej wzajemnej wymiany usług i towarów. To coś, to prawda. Banał, jasne. Mamy gotowe scenariusze, jak powinien wyglądać spacer nad morzem, romantyczna kolacja, udany związek, szczęśliwa rodzina i tak dalej. I gonimy za tymi wzorcami jak szaleńcy. A gdy od naszej telewizyjno-internetowo-kinowej teorii trzeba przejść do praktyki okazuje się, że jednak tak niewiele wiemy o sobie i o innych. Prawda wymaga czasu, delikatności, przemyślenia.

      Warto? 

       

      Gwar rozmów, pęd kroków.. . Każdy z nas ma czasem puste dłonie. Czy je wyciągniesz teraz, bez zastanowienia? Na ulicy mija nas tyle osób. Nieznajomi. Ulica ma to do siebie, że nie grzeszy stałością czy pamięcią. Każdy z nas ma czasem puste dłonie. Masz aż tyle zaufania do przypadkowych przechodniów, by żebrać od nich tego, czego potrzebujesz? Prawdziwie cennych rzeczy, które odmieniają życie i rozweselają serce nikt nie rzuci Ci przebiegając obok. Ich nawet kupić nie można.


       http://www.youtube.com/watch?v=XvyMG0z0FZY&ob=av2n

       Zapraszam również tutaj: http://www.facebook.com/KolacjaZCzeslawemInspiracje

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      slowikjustyna
      Czas publikacji:
      piątek, 27 kwietnia 2012 00:34
  • piątek, 20 kwietnia 2012
    • Założyłam dziś do pieczenia sukienkę ... :)

      Widzieliście prognozy pogody na weekend majowy?!? Mam nadzieję, że się sprawdzą! Tęsknię już strasznie za oszałamiająco pachnącym bzem,  smakiem letniej lemoniady i zapachem morza. Lawenda, gdy zapada zmierz, jaśmin w samo południe, a rano ... wybaczcie, zachowam coś dla siebie ;) Letnia natura to kraina pełna inspiracji i afrodyzjaków ( tak właśnie, nie mogłam się opanować, by tego nie napisać, nie ma po prostu lepszego słowa:))! Wyruszcie na poszukiwanie nieodkrytych pokładów wrażliwości! :)

      A teraz ręka w górę, kto ma ochotę na muffiny?

      Założyłam dziś do pieczenia sukienkę, dałam się ogarnąć bardziej romantycznej niż rozważnej stronie kobiecości i mamy przepis na ...Muffiny lawendowe z kremem różanym ( bardziej już nie można! :)) Nazwałam je Muffiny Le jardin ( ... jak francuski ogród i ulubione perfumy mojej prababci :)

      Ciasto: Mieszamy suche składniki: 2 szklanki mąki, 2 łyżeczki proszku do pieczenia, 1 łyżeczkę sody kuchennej, 2/3 szklanki cukru pudru, 1 cukier waniliowy, łyżeczka rozgniecionych suszonych kwiatków lawendy. Potem energicznie łączymy mokre: 1 duże jajko, 90 ml oleju, 200 ml mleka 3,2 %. Wszystko razem mieszamy i dodajemy 1 kostkę białej czekolady pokrojonej na drobne kawałki ( no dobrze, możecie sobie odłamać paseczek, nikt nie zauważy ;). Wkładamy w papilotki na wysokośc 1/3 i pieczemy przez ok 20 min w temp 180 st.

      Krem: bierzemy 1/3 szklanki mleka, rozrabiamy w niej budyń waniliowy z 1 żółtkiem. 2/3 szklanki mleka gotujemy z pół szkl. cukru. Gdy mleko z cukrem zaczyna parować wlewamy budyń i energicznie mieszamy na wolnym ogniu, aż wszystko zgęstnieje (uważajcie, łatwo się przypala!). Garnek z masą nakrywamy papierem do pieczenia lub folią i dokładnie dociskamy, by nie dostawało się powietrze. Odstawiamy do ostygnięcia. Ostudzone miksujemy delikatnie, dodając małe kawałki miękkiego masła, w sumie ok 130g. Pod koniec dodajemy 1/3 szklanki syropu różanego (i ewentualnie różowy barwnik spożywczy). Krem wykładamy (najbardziej artystycznie, jak potrafimy oczywiście :)) na ostudzone muffiny i ozdabiamy np startą białą czekoladą.

      Co tu więcej mówić... :)

      http://www.youtube.com/watch?v=p62rfWxs6a8&ob=av2e

      http://www.youtube.com/watch?v=zBZCKBChMbw&feature=related

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      slowikjustyna
      Czas publikacji:
      piątek, 20 kwietnia 2012 15:07
  • poniedziałek, 16 kwietnia 2012
    • na spacerze myśli.

      Arystoteles przekazał kiedyś swoim uczniom pewną radę. Brzmiała ona mniej więcej tak: „Nie ma niczego w umyśle, czego by wcześniej nie było w zmysłach”. Nie była to prawdopodobnie żadna nowość dla wrażliwych pod względem estetycznym Greków. Toczyli niekończące się dysputy, poszukując wzoru na piękno, próbując dotrzeć do tego, co naprawdę porusza duszę, licząc, że ostatecznie odnajdą idealne proporcje w sztuce, architekturze, miłości i kuchni.

       

       

      Choć nie jestem znawczynią filozofii antycznej, zdaje mi się, że stary Arystoteles trafił w sedno sprawy. To oczywiste, najczęściej myślimy przecież o rzeczach, które poruszają nasze zmysły. Jak zwykle jest druga strona medalu: to wszystko, co dotyczy naszych zmysłów, to co oglądamy, zapachy i dźwięki, które nas otaczają, wszystko, co poznajemy ( i znamy już ) przez dotyk wpływa na nasz umysł, a więc samopoczucie, pamięć, skojarzenia. Pokaż mi swój świat, to czym się otaczasz, a powiem Ci kim jesteś…

       

       

      Mam wrażenie, że trochę zapomnieliśmy o niezwykle wymownych elementach naszego życia. Współcześnie świat zdaje się być zawsze zdolny do „ponownego odrodzenia”... taka mentalna reinkarnacja bez zobowiązań - nie musimy wkładać w nic wysiłku, gdyż wmówiono nam, że wszystko jest „do wymiany”. Tymczasowość - pozorny luksus człowieka współczesnego (dla którego, nota bene, Beduini to „tak prymitywny styl życia” ). Konto na portalu zawsze można odświeżyć, garderobę dostosować, zdjęcia wyretuszować, zamek w drzwiach wymienić. Kwiatów od ukochanego nikt już nie suszy, nawet łza na jednorazowej chusteczce wygląda mało sentymentalnie.

       

      Nie wiem, jak Was, ale mnie zawsze porusza umiejętność celebrowania przez ludzi starszych tak wielu oczywistych ( …a dla nas tak banalnych, że aż niepotrzebnych) czynności. Długie niedzielne spacery, urodzinowe odwiedziny, świąteczność białego obrusu na stole, obecność i oddanie. Zupełnie inny styl przeżywania życia. Moja babcia do dziś nie potrafi zrozumieć ( i zaakceptować) gonitwy po „bezimiennych” marketach: dla niej sklep mięsny jest w konkretnej części miasta, warzywa tam, nabiał tu, ciasto w cukierni z szyldem tak starym, że już nawet nikt nie sprawdza, czy dobrze trafił. A dziadek? Nazwy ulic się zmieniły i ustrój polityczny też, a on „choć przez ten czas poznał już wszystkie wady swojej Zosieńki” wciąż przynosi jej małe bukieciki z ogrodu i nie planuje wymiany na „lepszy model”.

       

      Poczucie pewności, że coś jest na zawsze daje wytrwałość, cierpliwość, taki wewnętrzny spokój. A tymczasem wielu z nas przyjęło, że jeśli współcześnie nie możemy być niczego pewni, jeśli cel, taki jak prawda, wierna miłość, lojalna przyjaźń jest nie do osiągnięcia, to musimy zadowolić się samym dążeniem do niego. Zamiast pragnąć wartości,  uwierzyliśmy, że nie jest możliwe ich odnalezienie, a poszukiwanie uczyniliśmy celem samym w sobie. Wiecie, o co mi chodzi? To tak jak przygotować się na przyjęcie, założyć najpiękniejszą sukienkę, upiec wspaniałe ciasto dla gospodyni, w głowie zbudować oczekiwania, co do zaproszonych gości, rozmów, które może się odbędą i tańca, gdy serce zabije szybciej - po prostu odczuwać piękno zbliżających się chwil. I w tej euforii, ekscytacji, która towarzyszy drodze na przyjęcie dać sobie wmówić, że wszystko odwołane, balu nie będzie. Ciasto jest odtąd ciężarem do zjedzenia zanim się popsuje, nie ma już znaczenia, czy sukienka się pogniecie, tematy rozmów zdają się być nieważne, a spodziewane emocje naiwne. Cel nadaje przygotowaniom barwę, ale same przygotowania nie są jeszcze przyjęciem.

       

      Jeśli marzysz o księciu na białym koniu, załóż suknię prawdziwej królewny. Widziałaś kiedyś, żeby królewna biegała w popłochu ( nazwijmy to elegancko "rozglądaniem się", a po męsku "polowaniem") w poszukiwaniu księcia? Albo żeby sama wyskakiwała z okna wieży, krzycząc do młodzieńca na rumaku: „nie musisz się zupełnie starać, wszystko Ci ułatwię, tutaj jestem, pocałuj mnie!”. Zauważcie, że najczęściej gonimy bezmyślnie za czymś, gdy boimy się, że to do nas nie należy, że możemy to stracić w każdej chwili. Jeśli nie wierzymy, że istnieje miłość na całe życie po co czekać z czymkolwiek? I tak całujemy „byle jak” tysiące żab, aż robi się niedobrze.

       

      "Nie ma niczego w umyśle, czego by przedtem nie było w zmysłach". Mam wrażenie, że nie chodzi tu wcale o wygląd mieszkania (choć i to jest sprawa zajmująca przynajmniej na jeden wpis;) Ktoś już kiedyś powiedział, że umysł jest jak "biała kartka" -sporo miejsca na kolejną recenzję albo (!) dobry początek na napisanie pięknej historii.

      Dotykaj każdej chwili jak kolejnej strony, pozwól, by radości powoli zapisywały się w sercu i odkrywały swą moc wspomnień, gdy łzy płyną po policzku. Poznaj wszystkich bohaterów – być może nie wiesz, że choć tak pozornie różni, wspaniale się dopełniają, uzupełnij niedokończone dialogi, dołóż do scen brakujące melodie. I nie bój się, że coś stracisz. Prawdziwie napisane książki nigdy nie trafiają na półkę „za pół ceny”. 

      W "urządzanie" życia trzeba włożyć trochę wysiłku, by poczuć się „jak w domu”. Trochę więcej czasu, niż kliknięcie „dodaj do znajomych” czy 1,5 h romantycznej komedii.

      

      Zapraszam serdecznie na "czesławowy" profil na Facebooku:

      http://www.facebook.com/KolacjaZCzeslawemInspiracje :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „na spacerze myśli. ”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      slowikjustyna
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 16 kwietnia 2012 21:51
  • sobota, 07 kwietnia 2012
    • Życzenia wielkanocne

      Kochani!

      Święta mają w sobie magiczną moc przywoływania rodzinnych wspomnień. Podczas świątecznych zakupów słyszałam wiele takich rozmów: starsze osoby wspominały pierwszą Wielkanoc w nowym domu, na swojej „posagowej” porcelanie, zapach maminego placka drożdżowego, okres wojny, trudy rodzinnych historii, gdy przy stole kogoś brakowało. Później wnuki, „które wprowadziły te zachodnie, wesołe mody”.

      Czy wiecie, że Żydzi w Noc Paschy ( która przypada z soboty na niedzielę, i z której wywodzą się korzenie chrześcijańskiej Wielkiej Nocy) opowiadają dzieciom całą historię swojego Narodu? Wspomnienia zbliżają. Spróbujcie więc w ten wyjątkowy czas odkopać ich jak najwięcej i dzielić z innymi.

       

      Dla mnie Wielkanoc ma przede wszystkim religijny, chrześcijański wymiar, pozwólcie więc, że złożę Wam też takie życzenia

       

      Wielkanoc tkwi w głębi ludzkiego serca.

      Przypomina zapisaną tam tajemnicę, że:

      Istnieje Światło, które rozjaśnia najciemniejszą noc

      Istnieje Miłość, która przemienia największą nienawiść

      Istnieje Oddanie, które nie jest ograniczone wzajemnością

      Istnieje Obecność, nieustająca, która nikomu nie pozwala być samotnym

      Istnieje Moc, która wbrew ludzkiej logice rodzi się w słabości

       

      Wierzę w to i tej wiary życzę również Wam wszystkim!

      Prawdziwie radosnych Świąt!

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      slowikjustyna
      Czas publikacji:
      sobota, 07 kwietnia 2012 17:19
  • czwartek, 05 kwietnia 2012
    • odnajdując emocje.

      Wracając niedzielnym wieczorem do domu, widziałam radosne twarze i zamyślone spojrzenia, szczelnie zamknięte myśli i oczy pełne energii. W subtelnym ulicznym zmierzchu wyróżniała się jednak bardzo mocno oświetlona reklama, a na niej napis: „Najważniejsza jest cena”. Możecie mi powiedzieć, że jestem przewrażliwiona, że nie rozumiem „jakie są teraz czasy”, ale do tego (i tak już zbyt dosłownego) przekazu dopisałabym tylko jedno „… więc za ile możemy Cię kupić?”

       

      Jestem idealistką. A może niepoprawną marzycielką. Lubię, gdy mężczyzna się stara, a nie po prostu „zdobywa”, lubię delikatne kobiety, nawet, gdy ktoś im wmawia, że to słabość. Lubię ludzi, którzy potrafią słuchać, a nie tylko porównywać ze swoją racją. Lubię, gdy czasu nie mierzy się programem telewizyjnym, a słowa i czyny płyną z serca. I wydaje mi się, że należy najpierw poznać siebie, by umieć odkrywać drugiego człowieka.

       

      „Kolekcjonuję promienie słońca, krople porannej rosy i uśmiechy pięknych ludzi” – napisała Ania, czytelniczka bloga. Piękne, prawda? Myślę, że każdy z nas marzy, by przeżyć prawdziwy romans z życiem. By rozmawiać z samym sobą w głębi duszy jak z najlepszym przyjacielem. Ale nie zawsze tak jest. Wielu z nas ma za sobą historię, na którą się nie zgadza, wydarzenia, które nie pasują do obrazka pt. „teraz”. Cóż więc zrobić? Trzeba znaleźć czas sam na sam ze swoimi myślami. Czas, w którym muzyka nie będzie grała, a fb nie będzie koncentrował na życiu innych. Nie leczy się skutków, ale źródła problemu – myślę, że uświadomienie sobie tego już wiele rozwiązuje.

       

      Wiecie, co może zamknąć serce nawet najpiękniejszego, najwrażliwszego człowieka? Porównywanie. Stajemy się coraz bardziej smutni, gdyż staramy się zrealizować nie swoje marzenia! Kobiety zamiast pokochać swoje ciało, wciąż zadręczają się tym, że nie są idealne. Co to znaczy „idealne”?! (zabawne, że każda epoka, moda, kultura ma inną odpowiedź na to pytanie). Czyż nie jest piękne, wspaniałe, idealne ciało, które wszystkimi zmysłami odczuwa świat wokoło? Skóra tak wrażliwa na dotyk kogoś bliskiego? Zapachy, smaki, dźwięki – wszystko, co odbieramy może sprawiać wiele radości, otwierać tak wiele szuflad w pamięci. To smutne, że najczęstszą walkę podejmujemy z samym sobą.

       

      Panom niestety też udzieliła się mania porównywania z gazetowymi wzorcami. I mam wrażenie, że problem polega na tym, że zrobili to pod wpływem kobiet ( tak Kochana! Jeśli zamiast podziwiać swojego osobiste męskie ramiona wciąż wzdychasz do Brada Pitta nie dziw się, że twój mężczyzna zajrzy w końcu do plotkarskich gazet, by dowiedzieć się, kim Pan P. właściwie jest – zgroza, jeśli tak bardzo będzie przez Ciebie niedoceniony, że zacznie naśladować gwiazdy Hollywoodu).

      Czasem zdarza się, że nie dostrzegamy absurdów w naszym ‘życiu na pokaz’. Spędzamy czas z ludźmi, z którymi potrafimy rozmawiać tylko na powierzchowne tematy. W swojej pamięci przetwarzamy tysiące informacji, by być „na bieżąco”, a nie potrafimy przypomnieć sobie głosu kogoś bliskiego.

       

       

      Życie na serio wymaga odwagi, wzywa do podróży w głąb siebie, do miejsc, w których możesz odnaleźć emocje, których się nie spodziewasz. Wymaga dużo więcej poświęcenia niż wykreowanie nowego stylu w centrum handlowym. Ale jeśli szkoda Ci czasu na bycie sobą w swoim własnym życiu, to czy cokolwiek innego ma jeszcze sens?

       

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      slowikjustyna
      Czas publikacji:
      czwartek, 05 kwietnia 2012 14:18