Miłość i inne przystawki...

moja osobista, zupełnie nie dietetyczna wizja życia pełnego miłości

Wpisy

  • sobota, 25 sierpnia 2012
    • Drożdżowe rogaliki na "dzień dobry!"

      Jak cudownie, że znów sobota! Samo brzmienie tego słowa działa na mnie inspirująco! Dziś rano w radiu obudziła mnie piosenka, której słowa pasują w sam raz na sobotni poranek:

      Bo chodzi o to by od siebie
      nie upaść za daleko
      Jak te dwa łyse kamienie nad rzeką
      Chodzi o to
      By pierwsze chciało słuchać
      Co mu to drugie
      powiedzieć chce do ucha (...)

      Dzień dobry
      Kocham cię
      Już posmarowałem tobą chleb
      Dzień dobry
      Kocham cię
      Nie chce cię z oczu stracić więc
      Jeszcze więcej Dzień dobry
      Kocham cię
      Podzielimy dziś ten ogień na dwoje
      Dzień dobry
        Kocham cię ...


       

      Mam dla Was dzisiaj przepis na drożdżowe rogaliki. Świetne do porannej kawy, na piknik czy pogaduszki z przyjaciółmi. Ich zapach wyciągnie z łóżka nawet największego śpiocha! Włóżcie w ich przygotowanie całą radość, którą nosicie w sobie, a przekonacie się, że nie trzeba być cukiernikiem, by serwować wspaniałe, imponująco wyglądające drożdżówki.

       

      Potrzebujemy:

      1 kg mąki

      1,5 szklanki mleka

      150 g margaryny lub masła

      2 jajka

      100g drożdży (świeże)

      7 łyżeczek cukru

      szczypta soli

      marmolada/owoce/czekolada

       

      Lekko podgrzewamy mleko, odlewamy pół szklanki, resztę gotujemy z masłem/margaryną. Mąkę łączymy z cukrem, następnie zaparzamy ją mlekiem z tłuszczem ( „zaparzanie” to nic innego jak zalewanie wrzątkiem i delikatne, czułe mieszanie, by uzyskać drobne, lekko zlepione grudki). Po przestudzeniu dodajemy drożdże, uprzednio rozpuszczone w odlanej na początku połowie szklanki mleka. Wyrabiamy ciasto ( ponieważ jest to ciasto drożdżowe, jego wyrabianie jest dość pracochłonne, należy robić to tak długo, aż ciasto przestanie się lepić do dłoni i będzie miało zwartą konsystencję. Pod żadnym pozorem nie dodawajcie więcej mąki, sami będziecie zdziwieni, co może sprawić zaangażowanie i wytrwałość). Pozostawcie ciasto w dużej misce, przykryjcie lekką ściereczką i odstawcie do wyrośnięcia w ciepłe miejsce ( zazwyczaj wystarczający czas to ok. 30 min ). Gdy ciasto podwoi już swoją objętość, przekładamy je na czyściutki, posypany lekko mąką blat i rozwałkowujemy w koło ( tylko nie gniećcie i nie rzucajcie ciastem!). Spokojnie, koło będzie naprawdę dużej średnicy, ciasto musi być jak najcieńsze. A teraz wydzielcie trójkąty zaczynając od dzielenia koła na połowę, ćwiartki, ósemki. Z dużego koła robię 16 dużych rogalików. Dobrym pomysłem jest też, tuż po wyrobieniu ciasta, podzielenie go na dwie kule, wówczas mamy dwa koła o mniejszej średnicy, a tym samym mniejsze rogaliki. A więc mamy przed sobą trójkąty równoramienne- kładziemy przy ich podstawie odrobinę marmolady lub kawałek czekolady (czy co tam Wam jeszcze przyjdzie do głowy) i zwijamy do środka, aż zakończymy od strony najostrzejszego kąta. Układamy na blaszce (pamiętajcie o cienkiej warstwie tłuszczu lub papierze do pieczenia), pozostawiamy na ok. 10 min do ponownego wyrośnięcia, smarujemy roztrzepanym jajkiem, by miały piękną błyszczącą skórkę (najlepszy do tego będzie gruby pędzel) i wstawiamy do rozgrzanego piekarnika (ok. 180stC) Pieczemy na złoty kolor. Po wyjęciu posypujemy cukrem pudrem. Dobrego dnia!

      Zapraszam na "czesławowy' profil na Facebooku:

      http://www.facebook.com/KolacjaZCzeslawemInspiracje

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      slowikjustyna
      Czas publikacji:
      sobota, 25 sierpnia 2012 12:13
  • czwartek, 16 sierpnia 2012
    • Fartuszek od Pani Child.

      Woody Allen w filmie „Czasami życie bywa znośne” powiedział o Wisławie Szymborskiej, że „ma wielki wkład w moje zadowolenie z życia”. Słowa te w moim przypadku słusznie byłoby odnieść do Julii, wczorajszej solenizantki.

      Pamiętam, że kiedyś na pytanie, co potrafię ugotować, z dumą odpowiadałam: „jajko na twardo i herbatę z torebki”. Niestety jajko też nie zawsze wychodziło, kiedyś zapomniałam, wyszłam z domu i … wiedzieliście, że jajko odpowiednio długo gotowane ma moc zrobienia dziury na wylot w metalowym garnuszku? Raz naprawdę uparłam się, by zrobić krem kajmakowy z mleka skondensowanego (trzeba gotować odpowiednio długo na wolnym ogniu, znacie ten przepis?). Niestety, pewne cechy charakteru są z nami od zawsze – gdyby nie moja niecierpliwość ( szybko, gotuj się szybko! Może podkręcić jeszcze ogień…) i roztargnienie ( jeszcze tylko chwilka przed telewizorem, w kuchni na pewno wszystko gra ) w mojej rodzinnej kuchni ściany do dziś miałyby kolor ecru. Trzeba było go zmienić – kolor kajmakowy wyglądał jakoś mało apetycznie i nierówno rozkładał się na ścianie ;)

      Nie wiem, czy Wam to powiedzieć… byłam tez wielką fanką fast-foodów. Pachnące równiutkie fryteczki z McDonalda… To było coś, co poprawiało nastrój i … niestety dodawało centymetrów w talii. A że presja szczupłych nastolatek była zbyt silna, zaczęłam nosić sportowe ubrania - na pewno nie służyłyby żadnej figurze. Miłość, która pozostała mi z tamtego okresu to książki – i tutaj Was zaskoczę! - choć wolałam sprzątać niż gotować, czytałam też kulinarne! Uszczuplijmy- tylko autorstwa Pascala Brodnickiego… ten akcent, styl bycia, to było coś! Poza tym kuchnia to było miejsce zagrożenia, które pokaże moje słabości i raczej nie miałam ochoty się z tym zmierzyć. Wierzyłam, że gotowanie może dawać radość tylko wtedy, gdy jest się zdyscyplinowanym chemikiem- cudotwórcą, wokół którego garnki tańczą na stole jak przed Bellą w „Pięknej i Bestii”.

      Gdy trafiłam do liceum pod dowództwem sióstr zakonnych (gdzie lekcje odbywały się także w sobotę) nauczyłam się błyskawicznie jeść i sprzątać, by mieć więcej wolnego czasu. I choć siostry gotowały cudownie, nie było tam zbyt wiele miejsca na własne szaleństwa kulinarne.

      Na studiach, wiadomo, myśli się o jednym – jakby tu przyjemnie spędzać czas… Chodziłam na zajęcia, które zaczynały się możliwie najpóźniej, na te poranne zawsze z termosem gorącej kawy (zarządzanie studenckim budżetem to prawdziwa szkoła oszczędzania, kawa na mieście- to byłoby istne burżujstwo! ;). Uwielbiałam marnotrawić dni z przyjaciółmi i kupować tylko takie książki, które miały ładną okładkę. Tak trafiłam na biografię Julii Child „Moje życie we Francji”. Oszczędzę Wam kolejnej recenzji tej książki, możecie znaleźć ich mnóstwo.

      Julia Child pokazała mi, że żeby cieszyć się życiem nie trzeba być idealnym. Potrzeba ciekawości świata, odwagi, charakteru i osób wokół, z którymi czujemy się naprawdę dobrze: „Miałam potwornie późny start.- powiedziała Julia w jednym z wywiadów - Zaczęłam gotować w wieku 32 lat, wcześniej tylko jadłam”.

      „Zwyczajne składniki kupione w każdym sklepie mogą zamienić się w prawdziwe dania. (…) Potrzeba tylko dwóch przypraw wyjątkowych: czasu i miłości - do ludzi i do gotowania”.

      "Jedyny czas, kiedy warto być na diecie, to czas oczekiwania na usmażenie steku"

      I mój ulubiony cytat: „Najważniejsze to dobrze się bawić”.

      Dzięki Julia! W dużej mierze sprawiłaś, że moja kuchnia stała się bardziej przyjazna dla moich bliskich, przyjaciół, ale przede wszystkim dla mnie samej. I przynajmniej wiem, że ta odrobina dodatkowego tłuszczyku to skutek zmysłowego próbowania prawdziwie pysznego jedzenia, bez żadnych wyrzutów sumienia. A niech mnie! Kupiłam piękny fartuszek idealnie podkreślający talię i z zadziornym uśmiechem przy kieliszku wina powiem tylko wszystkim będącym wiecznie na diecie „Buon apettit!”.

       

      Spróbujcie sami:

      Julia Child Moje życie we Francji

      Simone Beck & Julia Child Mastering the Art of French Cooking

      artykuły: http://www.kuchniaplus.pl/kuchnia_encyklopedia-kuchni_214_julia-child-i-jej-rewolucja.html

      http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53662,7103518,Tu_Julia_Child__Bon_app%C3%A9tit_.html

      … I jeszcze świetny film z Meryl Streep w roli Julii: http://www.filmweb.pl/film/Julie+i+Julia-2009-465594

      Post scriptum:

      Czy wiecie, że Julia jest nazywana matką chrzestną wszystkich współczesnych gwiazd kulinarnych, które prowadzą swoje programy w tv. Była prekursorką takiego show. A wszystko zaczęło się, gdy do programu tv, w którym miała promować swoją nową książkę przyniosła naczynia, garnki, łyżki i po prostu zaczęła gotować. Widownia podobno oszalała z radości...

       

      A poniżej jeszcze pocztówka, którą państwo Child wysłali znajomym z okazji święta Walentynek. W 1966 roku w "New York Times" Julia powiedziała: "Myślę, że rolą kobiety jest wyjść za mąż za fajnego faceta i cieszyć się życiem domowym".

      Zapraszam też tutaj: http://www.facebook.com/KolacjaZCzeslawemInspiracje

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Fartuszek od Pani Child. ”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      slowikjustyna
      Czas publikacji:
      czwartek, 16 sierpnia 2012 12:32