Miłość i inne przystawki...

moja osobista, zupełnie nie dietetyczna wizja życia pełnego miłości

Wpisy

  • wtorek, 24 lipca 2012
    • Latem gotuję boso, czyli trochę więcej przepisów.

      Nie trzeba wyjeżdżać daleko, by czerpać radość z lata! Słońce, przyjaciele i pogoda ducha to wszystko, czego właściwie potrzeba. A gdy dodamy jeszcze pyszne przekąski, kolorowe drinki i pozytywną muzykę może być naprawdę wspaniale!

       

       

       Choć minimalizm powinien mieć w słowniku miejsce jak najdalej od lata, w wakacje bez cienia żalu rozstaję się z kilkoma rzeczami - bez nich jest mi po prostu lżej… skomplikowane przepisy, niewygodne stroje i rozmyślanie nad tym, "co by było, gdyby" z pewnością nie będą mi potrzebne...

       

      A! zapomniałabym jeszcze o jednej rzeczy! Koniecznie wyrzućcie pomysł na „zorganizowane bankiety”! Jestem przekonana, że bardziej niż wystylizowane przyjęcia i homar w kawiorze Waszych znajomych ucieszy spontaniczna zabawa „pod parasolką” (taką ogrodową i taką z drinka ;) Nie ma sensu spędzać kilku godzin na przygotowaniu i jeszcze kilku na sprzątaniu – lato rządzi się prostotą, kieruje fantazją i ucieka od konieczności!

       

       

      Mam taki nieznośny nawyk ciągłego poszukiwania nowych wrażeń estetycznych. Wiąże się to z wieloma szalonymi pomysłami i zaskakującymi sytuacjami. Przypaliłam już niejeden sweter od ogniska, nadal jednak nie jestem w stanie przekonać się do sportowych bluz. Gdy byłam mała, zasypałam taras w naszym domu piaskiem, który nosiłam w wiaderku z piaskownicy – tak bardzo marzyła mi się plaża pod stopami! Tak, morze to coś co uwielbiam latem! Od Bałtyku mrożącego krew w żyłach, z pięknymi bursztynami i porannymi kutrami, po rozgrzane i bajecznie wyglądające plaże Włoch, Francji czy Hiszpanii (od wielu lat zbieram muszelki, które skrupulatnie układam w ozdobnych słoiczkach i ozdabiam karteczkami z nazwą miejsca, z którego pochodzą, mój ostatni nabytek to muszelki z Morza Azowskiego- prezent od przyjaciół).

       

       

      Mojito to zdecydowanie mój ulubiony drink na letnie popołudnia. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie chciała coś pozmieniać od czasu do czasu. Tym bardziej spodobała mi się propozycja na

      Arbuzowe Mojito. Mhm….

      Potrzebujemy:

      4 duże listki mięty

      ½ limonki

      1 łyżka stołowa brązowego cukru

      ½ filiżanki lodu

      60 g białego rumu

      120 g arbuzowych kuleczek/ kawałeczków

       

      Panna cotta z musem owocowym

      Panna cottę klasycznie podaje się w formie z odwróconej miseczki. Wersja ta sprawdza się, gdy deser zostanie zjedzony zaraz po pojawieniu się na stole, a w pomieszczeniu jest powiedzmy, optymalna temperatura. Na czas letni, gdy wolę spędzać czas w ogrodzie ze wszystkimi niż w kuchni szykując skomplikowane kompozycje, wymyśliłam wersję „w słoiku” ( nie spłynie z talerzyka, można zrobić wersję dla każdego w mniejszych ładnych słoiczkach, „wspólnotową” w jednym dużym + puste miseczki, polać musem każda porcję, lub postawić oddzielny słoiczek z owocową polewą)

      Przepis:

      Namocz 2 listki żelatyny w odrobinie zimnej wody. 200 ml śmietany kremówki, 200 ml mleka i 2 łyżki cukru podgrzej maksymalnie w rondelku, ale nie gotuj. Dodaj odciśniętą żelatynę i dokładnie wymieszaj. Przelej do przygotowanych naczyń i wstaw do lodówki na min 5h.

      Mus: Tutaj możliwości są nieograniczone. Można wykorzystać praktycznie wszystkie sezonowe owoce i ich kombinacje. Truskawki czy brzoskwinie wystarczy zmiksować z cukrem. Maliny, jabłka, gruszki, jagody wolę wcześniej zagotować z odrobiną wody i cukrem, a następnie podać schłodzone. Pycha!

       

       

       

      Zapewne nic nie zastąpi smaku ryby łowionej o świcie na rybackich kutrach i serwowanej w smażalni tuż przy wydmach. Za bardzo jednak lubię ryby, by rezygnować z nich nawet wtedy, gdy do morza długa droga. Poza tym ryby to świetna odmiana na grillu, dokonały pomysł, by zjeść obficie i być na tyle lekkim, aby dołączyć do gry w badmintona czy siatkówkę.

      Dorsz pieczony

      z pomidorami, świeżą bazylią, mozzarellą i parmezanem

      Ułóż filet ryby na sporym kawałku papieru do pieczenia lub folii aluminiowej nasmarowanej oliwą(brzegi muszą być na tyle wysokie, by można je było później złączyć). Skrop go oliwą ( lub ułóż kawałeczki masła) przypraw solą, pieprzem ziołowym i kropelkami cytryny, a następnie poukładaj plasterki mozzarelli i pomidora (doskonałe są do tego małe, koktajlowe, ale te nasze „lipcowe” też będą smaczne). Posyp świeżą bazylią i parmezanem. Skrop jeszcze odrobiną oliwy i zawiń wszystko, łącząc brzegi folii lub papieru. Piecz na dobrze nagrzanym grillu.

       

       

      Wykorzystajcie lato do ostatniej ( smakowitej ) kropli! :)


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Latem gotuję boso, czyli trochę więcej przepisów.”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      slowikjustyna
      Czas publikacji:
      wtorek, 24 lipca 2012 15:08
  • piątek, 20 lipca 2012
    • trochę z lata, trochę z życia. moje.

      Lato to dobry czas, przyznacie sami. Rytm dnia zwalnia nawet u tych, którzy urlop mają już dawno za sobą. Naturalnie budzi się w nas potrzeba wykorzystania nagromadzonej energii słonecznej, więc stajemy się wrażliwsi, otwarci na nowe doznania zmysłowe. Wyruszamy na poszukiwanie: zacienionego leżaka, pysznej lodziarni, ekscytującej przygody, inspirujących znajomości, kierunku na mapie, życiowej mądrości, odpowiedzi na tysiące pytań

      Czytałam kiedyś wspomnienie pewnej młodej malarki, która próbowała wykorzystać spotkanie z genialnym impresjonistą Claudem Monetem na poprawienie swojej techniki malarskiej pod okiem mistrza. Wyjątkową trudność sprawiało jej malowanie nocy. „Jak przenieść na płótno, jak odzwierciedlić farbami kolory nocy?” pytała w napięciu, licząc, że oto właśnie nadchodzi rozwiązanie, które otworzy jej malarski warsztat na zupełnie nowe umiejętności, które przemieni oczekiwanie w spełnienie, rozżalenie w satysfakcję. „Droga Pani! –rzekł Monet- nie ma potrzeby, by kopiować noc, malować ją, odtwarzając jedynie czyjeś ruchy, myśląc: czarny kwadrat tu, brązowy tu, granatowy tu. Zupełnie nie! Noc mieni się tysiącem barw, które odkrywa Pani w swojej wyobraźni, które są ubrane w muzykę zasypiającej tawerny, muśnięte dotykiem kochanka… Pani może oglądać noc, ale na płótnie znajdzie się ostatecznie obraz nocy, który widzi Pani w swojej duszy. To jest najcenniejsze”.

      Jak się domyślacie, nieobecność na ‘Czesławie’ da się jakoś wytłumaczyć! ;) O tak… w ostatnim czasie miałam mnóstwo okazji do przyglądania się, z bliska lub daleka wielu relacjom i osobom, które je tworzą. Zastanawialiście się kiedyś, jak to się dzieje, że są osoby, dla których życie, nawet z pozoru najprostsze to nieskończone źródło inspiracji, miejsce do odkrywania wciąż nowych emocji, szukania najlepszych słów na określenie tego co widzą, czują? Bije od nich tak dużo pozytywnej energii, że pod jej wpływem zaczynamy sami szukać swoich marzeń, chcemy oddychać głębiej, szybciej, mocniej!

       

      Jest też druga strona stołu: osoby, które mają tak wiele planów, że dnia nie wystarcza im już na ich realizowanie, malkontenci, którzy nie osiągnęli celu, czasu, miejsca, który sobie wyznaczyli. Są jak malarka chcąca uchwycić technikę mistrza, by jej malarstwo święciło triumf równy jego obrazom. Tak naprawdę, nie jest dla niej istotna noc, a jedynie sposób, w jaki należałoby ją namalować. Znacie ulicznych sprzedawców obrazów? Dlaczego ich obrazy, choć tak doskonale odzwierciedlają rzeczywistość nie zajmują miejsca w muzeach?

      W sztuce, w życiu, w relacjach nie szukamy wbrew pozorom idealnych obrazków, fotograficznych scenek. Szukamy prawdziwych emocji, które często nie są ani bezpieczne, ani „na miejscu”. Intrygują nas marzenia, które nie są na pokaz, słowa, które komunikują, a nie tylko robią „dobre wrażenie”, wyzwania odnajdywane w głębi serca, a nie w oczach innych ludzi. Autentyczność - oto zaleta godna prawdziwych smakoszy życia i wspaniałych kompanów w jego odkrywaniu!

      Długo mnie tu nie było, opowiem Wam więc jeszcze jedną historię…

      Kilka dni temu poznałam osobę tak inspirującą, że nie mogłam o niej tu nie napisać, tym bardziej, że potwierdza moje przemyślenia. (Imienia nie zdradzę przez wzgląd na krótką znajomości i niewielką zażyłość ;). Był to mężczyzna, mniej więcej 50 lat, opalony ostrym słońcem południa, które mocno przesiąkło w skórę, zmieniając jej naturalną barwę. Oczy miał błękitne jak ocean, równie spokojne i ujmujące jak chłodząca tafla lodu w upalne popołudnie. Strój dostosowany do okoliczności letniego party, a jednak podwinięte rękawy koszuli, lekko rozpięty kołnierzyk i naturalny materiał szeptały, zdradzając: „na nic mi wasze kanony stroju, gdyby nie mogły mi ulżyć w tym upale ”. Nonszalancji stroju wtórowała małomówność i uważna obserwacja otoczenia. Artysta o inteligencji naukowca, inteligent o duszy artysty – miałam już dla niego towarzyską metkę, gdyby nie jedna, jedyna rzecz– spracowane, zabarwione ziemią dłonie . Panie powinny wiedzieć, w czym rzecz – wyobraźcie sobie Gerrego Butlera z dłońmi rolnika! A więc, jak to bywa na letnich przyjęciach zaczęła się lekka rozmowa… Nie, nie - jego wygląd to nie był wystarczający dowód wyjątkowości, dystans do blichtru letniego party też nie. Stanowiła go dopiero historia, która zburzyła wśród zgromadzonych pań wszelkie złudzenia i nadzieje na sielankową wręcz przyszłości z owym dżentelmenem (stanu wolnego). Ale do rzeczy: Wyraźnie widać było, iż mężczyzna miał w sobie coś z ruchów typowych mężczyznom z Ameryki Południowej i jak się okazało – intuicja mnie nie myliła. Swoją młodość spędził na studiowaniu filozofii w Kolumbii. Kochał jedną tylko kobietę, która wybierając małżeństwo z innym, zmusiła go do wiecznego i bezskutecznego poszukiwania swego wspomnienia w pozostałych na świecie niewiastach. Przekleństwo pierwszej miłości nie padło z jego ust wprost, ale łatwo było je usłyszeć „między słowami”. Kochał prawdziwy zapach życia, którym dla niego, zarówno w Kolumbii jak i w Polsce nie była wcale biblioteka pełna Platonów czy Wolterów, ale ziemia spieczona latem. Rozkwitająca pod jego wzrokiem pełnym pasji, niczym chłodzący, nawadniający deszcz. Ten człowiek był rolnikiem. Uprawa ziemi była jego poezją, muzą. Na litość, pomyślałam! Wychowałam się na wsi i nigdy nie wierzyłam w filmowe historie o rolnikach z wyboru, z duszami artystów kochających się w swoich winnicach i takie tam. A jednak ten człowiek kochał życie! Kochał swoje cierpienie, swoje zmęczenie, swoje dłonie, których nie da się domyć na tyle, by pasowały do wyjściowej koszuli. Kochał tak bardzo, by być sobą, by nie udawać, by opowiedzieć tę historię życia ryzykując względy zadbanych miejskich dam. Cholerka! pomyślałam, wypijając z wrażenia resztę w kieliszku.

      Wracałam do domu z przyjęcia pełna szalonych rozważań. Ile razy oglądamy własne życie oczami innych, jakby nam samym wmówiono jakąś nieuleczalną krótkowzroczność? Ile razy kupujemy marzenia od handlarzy „all inclusive”, by nikt przypadkiem nie posądził nas o brak obycia? Ile razy zadzwoniliśmy, by spytać „co słychać” i nie słuchać odpowiedzi? Czytałam nie raz, że za modą trzeba gonić, trendy śledzić, decyzje konsultować, emocje kontrolować, a znajomości utrzymywać przy życiu (wybaczcie, ale to zwrot dobry jedynie, gdy mówimy o respiratorze ). Nie wierzę w te cudowne hasła! Jak mówi bohater jednego z moich ulubionych filmów "jedni zajmują się życiem, inni umieraniem". Pierwsi mają czas, drudzy tylko terminy.  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „trochę z lata, trochę z życia. moje.”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      slowikjustyna
      Czas publikacji:
      piątek, 20 lipca 2012 13:47