Miłość i inne przystawki...

moja osobista, zupełnie nie dietetyczna wizja życia pełnego miłości

Wpisy

  • wtorek, 01 maja 2012
    • Biedronki w pościeli, topole staruszki i księżycowa lampa.

      Zasiadłam przy starym, drewnianym stole. Swego czasu z dumą prezentował się w typowo wiejskiej kuchni, w towarzystwie statecznego pieca i uroczego kredensu, w którym zawsze można było znaleźć landrynki tak słodkie, że nawet cukier przegrywał konkurencję. Pamiętam tę kuchnię doskonale – zapach ciasta drożdżowego, makatki na ścianie z napisami typu: „Gdy kochająca żona gotuje, mężowi zawsze smakuje” i drewnianą deskę do chleba (chleba, który przed krojeniem zawsze naznaczało się krzyżykiem i całowało –rytuał, raczej nieosiągalny przy dzisiejszych „krojonych bułkach wrocławskich” w foliowych torebkach). Okno zastawione czerwonymi pelargoniami wychodziło w stronę niewielkiego ogródka, który przysłaniał plac przed parafialnym kościołem.

       

      Myślę, że kuchnia mojej prababci, jak i wiele jej podobnych, mogłaby stanąć w zawodach ze współczesnymi projektantami „praktycznych rozwiązań kuchennych”. Nie wiem, jak to się działo, ale stół zawsze idealnie mieścił się w futrynie drzwi, by w razie potrzeby, wyniesiony w długie letnie wieczory przyjmować gości pod księżycową lampą. Nigdy nie zabrakło też krzeseł dla licznych gości, choć zawsze, gdy próbowałam je policzyć wypadało, ze stoi ich dokładnie 6. Pamiętam też taki metalowy kubeczek, w którym herbata nie stygła nawet przez pół dnia...

       

       

      Tak więc, jak już wspominałam zasiadłam przy starym stole. Stoi dziś na tarasie mojego rodzinnego domu. Wokół topole staruszki, grusza posadzona jeszcze przez mojego pradziadka, pachnące kasztany z przykościelnego ogrodu. Pszczoły z determinacją dobijają się do szklanki soku, pies leniwie wygrzewa na słońcu. Otwarty laptop, kilka gazet, telefon  – atrybuty tak oczywiste w mieście, stały się w tym momencie jakieś takie „niestosowne”. Choć na wsi spędziłam większość swojego życia, w jednej chwili poczułam się jak intruz.

       

      Wieś uczy pokory. Bezdyskusyjnie narzuca wolniejszy tryb, zmusza do cierpliwości. I nie mówię tu tylko o jedynym autobusie do najbliższego miasta, jeżdżącym co 3-4 godziny (… co w zderzeniu z miejskimi tramwajami i metrem co 2 min już zdaje się być swoistym since-fiction). Jakież było moje zdziwienie, gdy wybierając się dziś rano po pieczywo zobaczyłam zamknięte drzwi sklepu. Niestety wypisanych godzin pracy na drzwiach też nie było. „Otwarte, kiedy jestem” – żartował później sprzedawca. Nie wiem, czy wiecie, ale większość polnych kwiatów – jak na przykład moje ukochane bławatki zwane chabrami- powinno zrywać się jedynie wczesnym rankiem, w przeciwnym wypadku zwiędną zaraz po wstawieniu do wazonu. Tak więc – jeśli nie chcesz mojej zguby, wcześnie na łąki musisz iść Luby ;)

       

      Myślę, że niejeden „ekologiczny Warszawiak” porzuciłby swoje wzniosłe „zielone” ideały po zderzeniu z prawdziwie wiejskimi nawykami kuchennymi– mleko przelewane z wiadra do wiadra (opłukanego jedynie wodą ze studni), twaróg według domowej receptury zawinięty w lnianą ściereczkę czy jaja od kur, które chodzą naprawdę gdzie chcą ( i nie jest to bynajmniej zielona, równo przystrzyżona trawka, jak pokazuje niejedna reklama). Biedronki w pościeli, pszczoły przy śniadaniu i komary przy kolacji. Mam znajomych, którzy zachwycają się włoskimi cykadami, ale konik polny w progu łazienki zaraz po pobudce to dla nich doświadczenie aż nazbyt stresujące:) A! -zapomniałam jeszcze o żabach, które zdeterminowane poszukiwaniem partnera, zagłuszą ścieżkę dźwiękową nawet filmu wojennego!

       

      Na wsi można odpocząć. Nie będzie to jednak wypoczynek na twoich zasadach. Musisz dać się pokierować naturze. Pozwolić, by obudził cię piejący za oknem kogut, który nie działa jak ustawiony budzik- daje znać, kiedy sam się wyśpi – ot, co! jest w końcu panem kurnika – dobrze prosperującego przedsiębiorstwa, które zapewnia świeżutką jajecznicę ze szczypiorkiem na śniadanie :). Trzeba wziąć również pod uwagę, że i na rowerowej wycieczce możena natknąć się na korek – i to nie byle jaki, bo krów wracających właśnie z pola. Najedzone, leniwe idą najczęściej wolniej niż zachodzące w ich tle słońce. Być może nigdy nie dowiesz się także, co tak właściwie znaczy określenie „gdy wrócimy z pola” lub „rano” wypowiadane w tak „oczywisty i zrozumiały” sposób przez niejednego mieszkańca wsi.

       

      Zasiadłam przy starym drewnianym stole na tarasie. Co chwilę przesuwam się, uciekając przed słońcem, które wyraźnie zmienia swoje miejsce na niebie właśnie tak, by nagrzewać mi klawiaturę laptopa. Obok, po ostatnim kęsie sernika chodzi osa – chciał, nie chciał – trzeba się podzielić.  Zamknęłam oczy, poddając się dźwiękom słowika w oddali- jest tak zajmujący, że nawet płyta Carli Bruni zdaje się być mało subtelna. Łagodnieję. Zdaje się, że całą energię pochłaniają teraz zmysły- one też zmieniły tryb działania. Pachnie zbliżającym się latem, a gdy zawieje wiatr czuć upojną woń bzu, który drażni i jednocześnie inspiruje. Może pora na popołudniową drzemkę? Domownicy zniknęli, koguta za płotem też nie słychać… zdaje się, że nie pozostaje nic innego, jak zdać się na jego wrodzoną intuicję...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Biedronki w pościeli, topole staruszki i księżycowa lampa. ”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      slowikjustyna
      Czas publikacji:
      wtorek, 01 maja 2012 16:26