Miłość i inne przystawki...

moja osobista, zupełnie nie dietetyczna wizja życia pełnego miłości

Wpisy

  • poniedziałek, 20 lutego 2012
    • Z poniedziałku na wtorek.

      Zimowe wyprzedaże powoli dobiegają końca, świąteczne ozdoby wróciły na strych, na dworze też jakby cieplej. Zmiany w powietrzu, zmiany w kalendarzu… Nie, nie myślę, jeszcze o wiośnie. Jednak zakończenie karnawału, przygotowania do Wielkanocy zawsze sprawiają, że wyczuwam nadchodzące zmiany.

       

      Słyszałam niedawno pewną oburzoną dziewczynę, która twierdziła, że nie będzie świętować żadnych „Ostatek”, gdyż ona baluje kiedy chce i jak chce i żaden kalendarz nie będzie jej w tym ograniczał. Jasne! Nie zamierzałam prowadzić względem niej chrześcijańskiej krucjaty. Dla mnie jednak wyjątkowe dni i ich celebrowanie mają w sobie dużo uroku, dają mi siłę na codzienność. Nie mówię tylko o tych najbardziej popularnych, bardzo skomercjalizowanych. Święta religijne czy te nasze prywatne, jak urodziny, rocznice w magiczny sposób zatrzymują nas przy pędzie życia. Pozwalają docenić wartość czasu, przyjaźni, rodziny, wspomnień. Odrobinę zatrzymać szalony tryb życia. Każdy ma swój charakter. Tłusty czwartek pełen pączków, ostatkowe faworki, wielkopostne czy adwentowe oczekiwanie.  

       

      Miałam kiedyś fantastycznego nauczyciela, który zdradził nam na koniec szkoły swoją tajemnicę. Twierdził on, że prawdziwa nauka to trwanie w napięciu przed odkryciem jakiejś wiedzy. Gdy ją odkryjesz – celebrujesz chwilę, używasz zdobyczy do innych dziedzin. Następnie okazuje się, że znów doskonalisz, czekasz na coś intuicyjnie, wiesz, że da ci to siłę i radość. I tak krok po kroku, aż niepostrzeżenie stajesz się całkiem zadowolonym marzycielem z niezłym bagażem wiedzy.

      Mam wrażenie, że całkiem podobnie wygląda nasze życie. Trwamy w napięciu oczekując na coś. Wiosna, lato, jesień, zima. Im więcej wydarzeń, tym szybciej płynie nam czas, ale ! - pozostaje mnóstwo wspomnień. Nie mamy wpływu na te złe, które nam się przytrafiają. Możemy jednak szczególnie wykorzystać te radosne okazje, które zostały nam dane.

       

      Kultura, zwyczaje to doskonała okazja nie tylko do poznania przeszłości, ale też tego, jacy jesteśmy dzisiaj. Nie chodzi o to byśmy teraz przywdzieli stroje ludowe i rozpoczęli huczną potańcówkę ( no chyba, że ktoś ma na to ochotę ;) Warto jednak poruszyć zimowy tłuszczyk i włożyć trochę energii w … ulepienie faworków! Swoją inicjatywą zaskoczycie wszystkich, zakład? :)

      Faworki czyli tzw. chrust

      30-40 dag mąki, 3 żółtka, 2-3 łyżki kwaśniej śmietany i kieliszek spirytusu – z tych składników dokładnie wyrabiamy ciasto, zagniatając tak, by dostało się w nie jak najwięcej powietrza. Jeśli ciasto będzie zbyt twarde, dodać odrobinę śmietany. Ciasto rozwałkować jak najcieniej (im cieńsze ciasto, tym bardziej kruche faworki), pociąć na prostokąty ok. 3 cm/10cm, naciąć podłużna linię przez środek i przełożyć jeden z krótszych boków. Smażyć na gorącym, głębokim smalcu przewracając na drugą stronę, gdy osiągną złoty kolor. Usmażone osuszyć na papierowym ręczniku, by ociekły z tłuszczu. Posypać cukrem pudrem wymieszanym z cukrem waniliowym.

      Kosz faworków, energetyzująca muzyka, bąbelki w kieliszku, grupa znajomych... czy potrzeba czegoś więcej, by zorganizować ostatkowe przejęcie? Wyluzujcie, nie potrzeba urządzać balu wiedeńskiego, by radośnie zakończyć karnawał :)

       

      "Trzeba łapać radość za ogon, zawsze się opłaca.

      Nawet, jak ci się wyrwie, to masz pióra"

      /Miron Białoszewski/

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      slowikjustyna
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 20 lutego 2012 13:43
  • środa, 15 lutego 2012
    • Szalone inwestycje

      W czasach, kiedy notowania na giełdzie szaleją jak zakochana nastolatka, a żadna finansowa inwestycja nie jest gwarantem spokoju, wszyscy szukamy bezpiecznej przystani. Lepsze ubezpieczenie, więcej pracy, nowe kwalifikacje. Inwestycja. Modne dzisiaj słowo.

      Przysłuchiwałam się ostatnio rozmowie pewnej pary, podejrzewam, że była to ich pierwsza randka. Przytulna kawiarenka, chroniąca przed skrzypiącym mrozem. Wybrana przez chłopaka (co zdradzały zaciekawione oczy dziewczyny, gdy wchodzili do środka).
      Usiedli przy stoliku obok. Dziewczyna opowiadała o ostatniej egzotycznej wycieczce, potem o nowym samochodzie. Mówiła głośno, więc w ciągu chwil nawet ja wiedziałam, że lubi wylegiwać się w drogich kurortach, ceni sobie biżuterię Kogośtam z Francji i planuje zakup nowego telefonu. Powiedziała tez mniej więcej takie zdanie: „Wiesz, trzeba inwestować w siebie, jesteśmy młodzi to wspaniałe, że mogę żyć w każdym mieście świata, kupić wszystko przez Internet, jeść w najlepszych restauracjach. Ach! nie wiem, czy może być coś lepszego!”. Nie trzeba było być wybitnym obserwatorem, by zauważyć w tym momencie zmieszanie chłopaka. Cóż, wypadał „blado” ze swoim zaproszeniem do sentymentalnej kawiarni i opowiadaniami o ogniskach w Zakopanem. Widziałam upadającego nad kubkiem czekolady adoratora.



      Rozmowa wyraźnie przybrała kolorów, gdy przeszli do opowieści o znajomych. Ona mówiła o swoich w kategorii skończonych dyplomów, designerskich mieszkań i fantastycznych klubów, do których chodzą. On opowiadał o ich pasjach, wspólnych przygodach i radosnych chwilach… On wymieniał ich imiona, ona nazwy klubów. U niego błyszczały oczy, u niej biżuteria.  Nie potrzeba było być wróżką, by stwierdzić, że raczej nie będą udaną parą. Nie potrzeba było być psychologiem, by zobaczyć jak odmienne są ich życiowe inwestycje.



      Myśleliście kiedyś nad inwestycjami w swoim życiu? Czemu poświęcacie najwięcej czasu, energii, tego co macie i możecie dać? Spróbujcie zrobić sobie w głowie taką listę wartości, celów i działań. Może się okazać, że wasz cel mija się z działaniami albo co gorsza wartości z celem. Rozumiecie, o co mi chodzi? Jeśli wartością są dla nas bliscy, a celem piękne chwile z nimi,  to trudno powiedzieć, że praca po godzinach i kolejne zlecenia są w stanie do tego doprowadzić.

      Czasem wydaje nam się, że gdy będziemy już „bogaci i ustawieni” zaczniemy pewne i bezpieczne życie. Codziennie widzę w mediach twarze rozczarowanych bogaczy i samotnych miliarderów. I coraz częściej tych, którzy stracili cały majątek w wyniku kryzysu. „Możesz stracić wszystko, nic nie jest dziś pewne” chyba wszyscy to słyszeliśmy. Mam nadzieję, że nie uwierzyliście, że to prawda! Nigdy nie miałam zmysłu ekonomicznego. Mam jednak pewną receptę, gdzie można więcej inwestować niż zarabiać, a ostatecznie i tak wychodzić na plus. Gdzie z zaangażowania zawsze rodzi się satysfakcja, a porażki nigdy nie przeżywa się samemu. Co więcej bardzo korzystne są tam szybkie i spontaniczne pożyczki – pożyczki czasowe. Wiecie już, o czym mówię? Moim zdaniem najkorzystniejszą inwestycją w naszym życiu są relacje. I nie przekonacie mnie, że jest inaczej!


      Prosty zakład: co robi kobieta, gdy wszystko się wali, zakup nowej sukienki nie pomaga, nowa fryzura nie pociesza … idzie do przyjaciółki. A cały Bożonarodzeniowy szał świąteczny? Wydajemy dużo, bo wiemy, że nic tak nie ładuje baterii jak radość obdarowywania. Nie ja to wymyśliłam. Nie bez przyczyny większość reklam prezentuje produkt w kontekście uśmiechniętej rodziny, wspaniałej przygody z przyjaciółmi, romantycznego spotkania. Jesteśmy ludźmi spragnionymi relacji, to one dziś są największym dobrem luksusowym.

      Jak myślicie, warto być bardziej kochanym czy bogatym? Otwórzcie swoje serca! Jeśli stracicie wszystkie pieniądze, przyjaciele i tak pozostaną, bo będą wiedzieli, że posiadacie coś o wiele cenniejszego...



      Myślę, że najlepszym potwierdzeniem powyższych słów są studenci. Najczęściej bez grosza przy duszy, rzadko kiedy bez kompanów przy boku. A że na imprezach studenckich oprócz alkoholu przydaje się także jedzenie, dzisiaj imprezowa kuchnia studencka. Nie, nie, nie będziemy zamawiać pizzy! ;) Sami ją zrobimy. Co więcej każdy będzie mógł się włączyć, nie będą potrzebne jakiekolwiek umiejętności kulinarne. Brzmi interesująco, prawda?Pomysł na małe pizze, do których każdy z gości dobiera sobie dodatki pożyczam od mojego znajomego, do dziś niektórzy wspominają zorganizowaną przez niego imprezę...

      Stawiamy miseczki z dodatkami: kawałeczki szynki, kiełbaski, salami, sery, pomidory, oliwki, cebula, kawałki ananasa, papryka, kukurydza… na co tylko macie ochotę. Wyrobienie ciasta na pizzę nie jest ani kosztowne, ani trudne, no i można przygotować je przed przyjściem gości. Chyba każdy jako dziecko lubił podglądać rosnące od drożdży ciasto. Jestem przekonana, że większość gości nadal to pamięta! Wystarczy podzielić ciasto na mniejsze kawałki, obdarować wszystkich po kolei, wylepić placuszki i do dzieła. A! warto też przygotować sos pomidorowy jako bazę. Przepisy macie poniżej.
      Ciasto do pizzy (przepisów na nie jest tysiące, podaję Wam swój, możecie spróbować inne) 25 dkg mąki, pół łyżeczki soli, 1 jajko, 40 g drożdży ( rozrobionych w 3/4 szklanki ciepłego mleka z wodą) - wyrabiamy w misce, aż ciasto będzie się swobodnie odrywało od dłoni, pod koniec dodajemy łyżkę oliwy i nadal wyrabiamy. Odstawiamy w ciepłe miejsce do wyrośnięcia, miskę lekko przykrywamy ściereczką, a ciasto traktujemy delikatnie. Gdy podwoi swoją objętość dzielimy na mniejsze kawałki i wyrabiamy placuszki ( składniki wystarczą na ok 8 mini pizz) lub wałkujemy na jednej dużej blaszki i niskich brzegach. Smarujemy sosem i kładziemy dodatki. * Brzegi pizzy możecie posypać odrobinką mąki kukurydzianej.
      Sos do pizzy: Baza to oczywiście pomidory: jeśli jest na nie sezon i są wystarczająco słodkie, możecie zmiksować surowe, jeśli nie, użyjcie tych z puszki odsączonych z soku. Dodajcie odrobinę soli, pieprzu, cukru, oregano, bazylii, tymianku, opcjonalnie czosnku, rozmarynu. 

      Sos czosnkowy, którym uwielbiam polewać pizzę opisałam w jednym z pierwszych wpisów na blogu.

      Dobrej zabawy!



      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      slowikjustyna
      Czas publikacji:
      środa, 15 lutego 2012 19:13
  • poniedziałek, 06 lutego 2012
    • modowo-seksualna ignorantka

      Nie jest dobrze być „kujonem”. Szczególnie w oczach dwunastolatki, której wizytę przeżywam od kilku dni. Klasyczny francuski manicure jest już „no raczej, niemodny”, płyta Norah Jones to „ staromodne nudy”, a książki? – „musisz poczytać trochę gazet, bo zupełnie nie wiesz, co się dzieje na świecie”... Norah jednak zostawię, paznokci też raczej nie przemaluję na jaskrawy zielony. Zderzenie z prasą zdawało się najmniej bolesne. No cóż, mój wiklinowy koszyk z gazetami zawiera głównie kulinaria, podróże i wywiady…

       

      Przyjemny weekendowy wieczór. Z prasy plotkarskiej za dużo wyczytać się nie da, zdjęcia to raczej karykatura niż rzeczywistość. Znalazłam jednak kilka „smaczków”: „jak być seksowną?” i „czuj się świetnie każdego dnia”. Która kobieta by tam nie zajrzała? Okazuje się, że można „bezboleśnie” zadbać o zdrowie i urodę – nie bardzo rozumiem tę filozofię na wzór walecznego boju z samym sobą. „Jedz to samo śniadanie każdego ranka, to ułatwi Ci życie, nie będziesz musiała myśleć o zakupach” (sic!). Oprócz mnóstwa reklam produktów spożywczych o strukturze chemicznej skomplikowanej jak budowa rakiety kosmicznej, zdjęcia najnowszych kolekcji ubrań, na moje oko z kolekcji „szafa dla masochistek”. Emocjonalnym uderzeniem stał się jednak niezbędnik seksownej kobiety: noś niebotyczne szpilki, wciśnij się w gorset, przyklej sztuczne rzęsy, wzburz włosy pudrem do włosów… No cóż, nie dość, że jestem „kujonem” ( po 15 min z prasą „bulwarową” marzyłam już o książce) , to jeszcze modowo-seksualną ignorantką.

       

      Zawsze zdawało mi się, że seksualność to coś absolutnie intymnego. Tak, jakby piękno zmysłowej seksualności znikało wraz z jej afiszowaniem. Nie krytykuję kobiet o „zbyt dosłownym wyglądzie”, zastanawiam się tylko, po co im tak bardzo „publiczne” życie? Pokaż swoją sypialnię, garderobę, bieliznę – a wszystko po to, by nikt nie pomyślał, że nie jesteś zmysłowa. Obawiam się, że większość kobiet, które piszą te „mądre rady”, w życiu nie odkryły swojej zmysłowości. Albo kojarzą ją z czymś zarezerwowanym dla erotyzmu. Myśl o pokazaniu się bez makijażu przed ukochanym przyprawia je o chorobliwy lęk i raczej nie wiedzą, że nie trzeba wysmarować się czekoladą, by zobaczyć, że samo jej jedzenie może być zmysłowe. Są absolutnie nieszczęśliwe goniąc za akceptacją innych.

       

      Jeśli intymność nie jest już tajemnicą, zmysłowość ogranicza się do ekshibicjonizmu, a wulgarność to najlepszy sposób na znalezienie miłości, to mam wrażenie, że swoje emocje zamknęliśmy w chemicznej sekwencji hormonów. Delikatność, subtelność, oczekiwanie, wierność … wydaje mi się, że mimo wszystko pragniemy ich bardziej, niż kiedykolwiek.

      „Nie warto rozmieniać się na drobne” –  niektóre sukienki są tym piękniejsze, gdy zakładamy je tylko dla wyjątkowych mężczyzn. Uwielbiam malować bezwstydnie czerwone usta, gdy naprawdę jest ku temu powód, okazja – wyprawa po bułki, nie jest tego warta ;). Panowie: kochajcie i bądźcie sobą – kobieta, która czuje się szczerze kochana i akceptowana jest piękniejsza niż „milion dolarów” :)

       Ktoś pytał się mnie ostatnio, czy będzie wpis na walentynki? Hmm… Nie szkoda Wam czasu, by czekać z okazywaniem uczuć do przyszłego tygodnia? Otóż: wpisu na walentynki nie będzie. „Prawdziwa miłość nie ustaje”. Do diabła z każdym przystojniakiem, który czeka do 14 lutego by dać mi piękną karteczkę, czerwoną różyczkę czy zaprosić mnie na romantyczną kolację. Nie jestem tego dnia ani odrobina piękniejsza, lepsza, seksowniejsza niż zwykle. Dlaczego więc nie zrobi tego przez cały rok?


       

      Gdy mróz na dworze, ciepełko w domu i dużo pracy umysłowej mam ochotę na pachnące, kaloryczne mięsko. Co powiecie na polędwiczki wieprzowe z suszonymi grzybami?

      Miksujemy 4 suszone grzyby (najlepiej prawdziwki) z 3 łyżkami sosu sojowego ciemnego. Nacieramy otrzymaną marynatą 2 polędwiczki wieprzowe. Rozgrzewamy trochę oliwy z oliwek, podsmażamy 1 posiekaną cebulę i 2 zmiażdżone ząbki czosnku. Dodajemy ok. 30 dag świeżych, pokrojonych w kostkę dowolnych grzybów. Dusimy kilka minut, dodajemy ¾ śmietany kremówki. Na oddzielnej patelni smażymy polędwiczki, przekładamy je w naczynie żaroodporne i szczelnie zamykamy na ok. 10 min (by zapach jeszcze wspanialej się rozwinęły). Podajemy z sosem z suszonych grzybów i świeżym szczypiorkiem.

      http://www.youtube.com/watch?v=-gzC29VwE1A

      http://www.youtube.com/watch?v=sPUBg9Mx-W4&feature=related

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      slowikjustyna
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 06 lutego 2012 19:20