Miłość i inne przystawki...

moja osobista, zupełnie nie dietetyczna wizja życia pełnego miłości

Wpisy

  • środa, 23 września 2015
    • Życie zaczynam wieczorem.

      Co prawda blog prawie umarł, ale kuchnia na szczęście nie. W egoistycznym pędzie za wybitną karierą, gdzieś pomiędzy szybkim słowem a wolną kawą, gotuję. A że najlepsze potrawy są 1. proste 2. rodzą się ze skrajnych emocji, podczas dzisiejszej burzliwej rozmowy z Nim zrobiłam dżem. 

      Miał być zwyczajny, słodko-kwaśny - ot, spożytkowanie trochę przeleżałych owoców, ale wyszedł pyszny! Więc się z Wami dzielę. Bez konwenansów, że długo nie było wpisów.

      Wzięłam: 1 bardzo dojrzałą, trochę czerstwą nektarynkę, jedno dojrzałe, spróchniałe jabłko, 2 malutkie, niezbyt dojrzałe kwaśne brzoskwinie. Ze wszystkich owoców usunęłam pestki, jabłko obrałam ze skórki (nektarynki i brzoskwinie nie, chociaż Wy możecie :). Wszystko pokroiłam w kostkę i wrzuciłam do garnka. Gotowałam na wolnym ogniu, ciągle mieszając. Gdy większość owoców już się rozpadła, posłodziłam ( wybaczcie, cukier sypałam "na oko", nie wiem, ile :/). A teraz największa niespodzianka - w moździerzu utarłam 1 ziarenko kardamonu, 2 ramiona gwiazdki anyżu i dosypałam ok 0,5 łyżeczki tartego cynamonu i dodałam do dżemu. Gotowałam jeszcze kilka minut, ciągle mieszając, żeby dżem nie przywarł do garnka.

      Zjadłam już znaczną część niewielkiej porcji (ok pół szklanki), łyżeczką, prosto ze słoika popijając gorzkim kakaem. Jeśli jednak coś uchowa się do rana, myślę, że to idealny dodatek do owsianki na śniadanie :)

      Uściski na dobranoc <3

      abb366d85f1f3bdc23c20bab75326285

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      slowikjustyna
      Czas publikacji:
      środa, 23 września 2015 23:31
  • sobota, 04 kwietnia 2015
    • Wielkanocy nieoczywistej! :)

                Kochani!

          Jeśli zajrzycie tutaj w tym świątecznym czasie, to chciałabym przekazać Wam serdeczne życzenia - niech Wielkanoc będzie czasem otwierania serca.

      Spotkań z tymi, dla których nie zawsze mieliście czas w codziennym pośpiechu.

      Okazywania uczuć, których być może czasem się wstydziliście.

      Bliskości, wdzięczności i radości! <3

                                                                             Kolacja z Czesławem

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      slowikjustyna
      Czas publikacji:
      sobota, 04 kwietnia 2015 17:12
  • niedziela, 22 marca 2015
    • Jak oszczędzać...

      …pieniądze, czas? Zdaje się, że wszyscy się nad tym zastanawiamy. Niespodziewane wydatki, zaskakujące sytuacje czekają na każdym kroku, by tylko „umilić” nam życie. Zabrać uśmiech i spokój ducha… Ale czy jest aż tak źle? Nie sądzę i chciałabym, żebyście Wy również nie poddawali się marazmowi.

       

       

      Nie jest łatwo i nie uważam, by pieniądze leżały na ulicy. Pozwolę sobie jednak na wpis tego typu, gdyż nie zarabiam kroci, choć pracuję dużo. I choć pracuję dużo a zarabiam, powiedzmy sobie „średnio”, podróżuję, jem "jak u Amaro" (jak mawia mój Czuły Barbarzyńca), a w szafie mam kilka (no może trochę więcej ;) ładnych sukienek. W porządku, dla każdego luksus oznacza co innego. Jeśli chodzi o mnie, cenię w życiu prostotę. I wypracowałam sobie kilka sposobów, by zaoszczędzić czas i pieniądze. Dwie ważne i potrzebne rzeczy. Chcecie je poznać?

       1. Nie daj się namówić na rzeczy, na które nie masz ochoty

      Złota zasada, która dodatkowo pozwala zachować spokój myśli. Nie chodzi o wyruszanie w nieznane, próbowanie nowych rzeczy itp. To zawsze dodaje wspaniałej energii. Mam tu na myśli te wszystkie sytuacje, od pań z infolinii po kawki z pseudo-koleżankami, które robisz, bo ciężko Ci powiedzieć nie. Wiem, że może to brzmi brutalnie. Każde spotkanie, rozmowa są cenne i zasługują na naszą uwagę i życzliwość. Warto jednak wiedzieć, kto w naszym życiu jest ważny i dla kogo lub czego chcemy poświęcać swój czas, nie spać po nocach i zmieniać plany. Nie da się uszczęśliwić wszystkich. Nie da się spełnić wszystkich oczekiwań. Jeśli na czymś naprawdę Ci zależy nie tracisz czasu ani pieniędzy, bo zyskujesz rzeczy, które są z nimi nieporównywalne. Wszystko inne po prostu zostaw.

       

       

      2. Miej plan

      Bardzo mnie denerwuje oczekiwanie na tzw. „piąteczek”. Czy to znaczy, że tylko 2/7 tygodnia pozwalają nam żyć pełnią życia? A z resztą co? Wrrr! Podobnie jest z życiem od 30. do 30. Miesiąca oczywiście. Na początku marca gram w serialu „Dynastia” a pod koniec główną rolę w „Nędznikach”. Schizofrenia finansowa. Stać Cię na coś, jeśli stać Cię na to pod koniec miesiąca. Zaraz po wypłacie wszyscy są królami życia. Odlicz czynsz, abonament, rachunki, raty i inne konieczne wydatki ( nawet te, których nie planujesz, a mogą się przydarzyć, jak wizyta u lekarza). Określ mniej więcej ile zostaje Ci w przeliczeniu na każdy dzień. I staraj się trzymać tej kwoty. A gdy przed kolejną wypłatą z zadowoleniem stwierdzisz, że coś Ci zostało – wydaj! Na cokolwiek zapragniesz. Lub zachowaj na wymarzone wakacje :)

       

       

      3. Załóż sobie lokatę

      Nie, nie w banku. W przysłowiowej skarpetce. Ja mam białe koperty. Finansowe wsparcie od babci – do koperty. Ksiądz nie wziął po kolędzie – do koperty. Znalezione – do koperty. I tak niespodziewanie uzbiera się całkiem przyzwoita sumka. Tylko jeden warunek – to nie jest lokata na pizzę wieczorem, „oh! jakie piękne buty”, czy rachunki. Możesz też założyć słoiczek i zbierać jak w podstawówce :) Ja mam swój słoiczek „na wczasy” i dobrze mi z nim.

       

       

      4. Naucz się gotować

      Właściwie to powinien być nr 1. Absolutnie nie macie podstaw, by się wykręcać brakiem talentu! Jestem doskonałym przykładem, że każdy jest w stanie oswoić kuchnię. Trzeba tylko znaleźć swój styl, czy raczej swoją kuchnię. Uwielbiam Włochy, Włochów i włoskie jedzenie i -  mam nadzieję, że moi bliscy to potwierdzą- całkiem nieźle mi ono wychodzi. Miłością darzę również kuchnię francuską niestety bez wzajemności. Ale wróćmy do oszczędzania – podstawą oszczędzania przez gotowanie jest nieoszczędzanie na produktach.  Tak, czasem mniej znaczy więcej. Możesz zjeść całą tabliczkę czegoś co przypomina czekoladę i nie poczuć satysfakcji albo zjeść mniej i rozpłynąć się z rozkoszy. Nie kupuj niczego tylko dlatego, że jest tanie. Zjedzenie tego ani Cię nie naje ani nie uszczęśliwi. Poza tym umiejętność gotowania pozwala korzystać z całego bogactwa sezonowych produktów a to kolejna oszczędność. Jedzenie na mieście – jestem na tak! Jeśli tylko mówimy o romantycznych kolacjach czy wyjątkowych okazjach. Codzienne jedzenie byle czego, byle szybko nie jest fajne. Zrób sobie jedzonko! Sałatkę grecką/ z mozzarellą/tuńczykiem. Wypasioną kanapeczkę. Jogurt z owocami. Nie zapomnij o kolorowym pojemniku – motywuje dodatkowo. I – jeśli to możliwe – przygotuj sobie jedzenie wieczorem. Być może jesteś rannym ptaszkiem, wtedy ta zasada Cię nie dotyczy. Jeśli jednak kochasz spać, zaręczam – robienie sobie jedzenia na wynos rzadko wyciągnie Cię z łóżka.

       

       

      5. Zrób sobie dobrze

      Możesz żyć luksusowo codziennie. I niewielkim kosztem. Musisz tylko rozpoznać wrogów, którzy wysysają z Ciebie gotówkę. Rozpoznać i ułaskawić. Nic dziwnego, że marzysz o kawie w kawiarni a wizyta w tymże przybytku kojarzy Ci się z rozkoszą równą włoskim (czy francuskim) romansom jeśli w swoim domu fundujesz sobie rozpuszczalną. Jest różnica. Na szczęście nie podpisałaś kontraktu na dożywotnie picie rozpuszczalnej ( no chyba, że lubisz). Stać Cię na dobrą kawę. Warunek jest tylko taki, że sama (sam) musisz ją sobie zrobić. Co więcej, nie musisz od razu kupować ekspresu ciśnieniowego – ja używam kafetierki i spieniacza do mleka (koszt pięciu wizyt w kawiarni). I codziennie rano piję boskie cappuccino. Albo latte. A dla Was Panowie - oczywiście diabelskie espresso ;)

      Wydaję mnóstwo na kosmetyki. Poprawiam sobie nimi humor, a dbanie o siebie dodaje mi pewności. Tutaj świetnie sprawdza się zasada równowagi – co wydam to zaoszczędzę (czy odwrotnie :)) Nigdy nie żałuję na fryzjera. Ale peeling do ciała robię sama w domu – z kawy  Zmieloną mieszam z oliwą i/lub ulubionym żelem. ( i tutaj pozdrawiam moją Anię i jej współlokatorkę – one poszły o krok dalej, mają pojemniczek na zużytą kawę w lodówce i "ładnie proszą" innych o niemarnowanie kawki a góry peelingu rosną).  Podobnie manicure czy pedicure – zamiast płacić kosmetyczce sama poświęcam na niego jeden wieczór w tygodniu. I tak stać mnie na droższy krem czy lepszej jakości tusz :)

       

       

      Mam jeszcze kilka pomysłów. Ale może to już w następnym wpisie, żeby Was nie zanudzić – no i oczywiście pod warunkiem, że chcecie :) Podzielcie się też Waszymi sposobami na oszczędzanie (albo wydawanie ;)) – tutaj albo na fb: https://www.facebook.com/KolacjaZCzeslawemInspiracje?ref=hl

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      slowikjustyna
      Czas publikacji:
      niedziela, 22 marca 2015 19:28
  • czwartek, 22 stycznia 2015
    • Jesteś skarbem

      (Podejrzewam, że niektórzy z Was szybko zorientują się, że to parafraza jednej z książek-poradników Reginy Brett - Jesteś cudem, zresztą bardzo popularnych. I choć książkę tę przeczytałam (i wystawiałabym jej dobrą opinię) nie mam zamiaru pisać jej recenzji. Tytuł jednak bardzo przypadł mi do gustu, no i pasuje do tego, o czym chcę napisać.)  

      Prowadziłam ostatnio wiele rozmów z osobami, które w najbliższym czasie chciałyby skończyć studia i podjąć ciekawą pracę. Ich celem było dobre CV, pełne punkcików dumnie prezentujących nienaganne decyzje, prestiżowe dyplomy i niczym nie zakłóconą, osobistą autostradę do sukcesu. Wśród kart przetargowych pojawić się miały języki, ukończone kursy itp., itd. Ponieważ ludzie fascynują mnie i nakręcają do pracy, oczywistym jest, że nie miałam ochoty czytać tych wszystkich papierków, tylko po prostu się z nimi spotkać, porozmawiać. Zapewne chcecie zadać tutaj pytanie, a zatem już odpowiadam – nie pracuję jako head-hunter, a od ich spotkania ze mną nie zależało, czy tę wymarzoną robotę dostaną czy nie (… no przynajmniej nie bezpośrednio ;)

       

       

      To smutne, jak niewielu z nich myślało o sobie dobrze. Zgodzicie się, że co innego mieć mocne CV, a co innego mówić całym sobą „nie wiem, co tutaj robię”. Albo co gorsza „w ogóle nie wiem, co robię”. Można znać najbardziej egzotyczne języki świata, a nie umieć się porozumieć w swoim własnym języku. Skończyć wspaniałe uczelnie i nie wiedzieć kim się jest (… albo napisać, że moją pasją jest teatr, a nie pamiętać na jakim przedstawieniu było się ostatnio).

       

       

      Nie chodzi o to, że wszystko wiem i piszę właśnie porady w stylu: jak zdobyć wymarzoną pracę. Nie wiem. Albo wiem, że to gdzie teraz jestem zawdzięczam ludziom. Nie tylko dokumentom, certyfikatom i zaświadczeniom, ale ludziom. (I uwaga – nie mówię tutaj o tzw. znajomościach). Tych właśnie ludzi najbardziej interesowałam 'ja' – z moją osobowością, pasją i pracowitością. Dopiero później moje CV. Być może pracujecie w jakiejś korporacji i Wasze doświadczenia są nieco inne. Zgoda. Nigdy jednak nie chciałam pracować w takim miejscu, dlatego musiałam szukać sposobu, jak takiej pracy nie dostać, a żyć i pracować ( i jeszcze to lubić!)

       

       

      Po pierwsze – mało kto chce pracować z maszyną ( nawet jeśli ta działa bez zarzutu, ma mnóstwo funkcji i niezliczone aplikacje ;). Tej zasady nauczyła mnie moja szefowa. Wciąż ze zdziwieniem patrzę, jak wiele zamkniętych drzwi otwiera się przed jej naturalną, bardzo dostępną osobowością. Po drugie, wygląd jest bardzo ważny, mówi o tobie. Spójrz swojemu rozmówcy prosto w oczy ( patrzenie w podłogę nie jest dobre, nawet jeśli jest ona wyjątkowo piękna i zasługuje na uwagę). Uśmiechnij się, udowodnij swoim błyskiem w oku wszystko to, co wypisałaś/eś w CV. Spokojnie, prawdopodobnie jest jeszcze kilka osób na to miejsce. Może mają wyższe kwalifikacje, doświadczenie. Ale skąd wiesz, czy nie zrobili fatalnego wrażenia swoim stylem bycia? To naprawdę ma znaczenie. Nikt nie chce się otaczać ludźmi, z którymi nie jest miło. Nawet obrzydliwie bogaci szefowie korporacji ;)

      Uświadom sobie, że jesteś skarbem. Masz w swojej głowie niepowtarzalną mieszankę przeżyć, doświadczeń, pomysłów. Jedyną w swoim rodzaju. DNA osobowości. Być może dokładnie takiego, jakiego poszukuje Twój potencjalny pracodawca? Dlatego bądź sobą, a nie wyobrażoną, idealną wersją siebie na sprzedaż.

       

       

      I jeszcze jedno: MÓW PRAWDĘ. Złota zasada z długim terminem ważności. Jak twierdzi wielu rekruterów - pracownika zawsze można wykształcić, człowieka nigdy się nie zmieni.

      … rozpisałam się. To wszystko przez to, że długo mnie tutaj nie było. Tyle do opowiedzenia! Temat rozmów o pracę skończę, by Was nie znudzić lub co gorsza nie zacząć cytować jakiś poradników. Poza tym, wszyscy się dopiero uczymy.

      A jeśli chcielibyście przeczytać, w mojej opinii, fajną książkę o stylu pracy, polecam Wam tę:

       

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      slowikjustyna
      Czas publikacji:
      czwartek, 22 stycznia 2015 12:31
  • poniedziałek, 12 stycznia 2015
  • poniedziałek, 23 grudnia 2013
    • Może być inaczej!

       

      Święta mnie przytulają. Każą szukać tego, co zgubiłam. Myśleć o tym, co pominęłam. I zejść trochę z tonu. W czasie Świąt perfekcjonizm nie jest wskazany.

       

      Zdumiewająca jest ta czułość i tęsknota, która nakreśla zbliżający się czas. Wielu z nas przyznaje się do niespodziewanych wzruszeń – pierwszą choinka w nowym domu, ciepłe skarpety w renifery w prezencie, kolędy troszkę sfałszowane, ale za to jeszcze bardziej nieziemskie. Mam dług wdzięczności wobec Bożego Narodzenia - utkane z niedociągnięć i naszych, czasem nieznośnych charakterów zawsze „wychodzą na swoim”.

      Wiem, bywa inaczej. U mnie też. Nie zawsze na stole jest dokładnie 12 potraw, nad nimi nie unoszą się przyjemne i życzliwe rozmowy, wszyscy odświętni, zadowoleni i … razem. Nie każda świąteczna rzeczywistość jest „wyjściowa”. Ładna. To jednak wcale nie oznacza, że jest gorsza.

      Czasem tak bardzo nam się tęskni. Za kimś, za czymś, za nami (tak za ‘nami samymi’ – czas i doświadczenia potrafią bardzo zmieniać). Przyglądamy się życiu innych i im dłużej patrzymy, tym więcej braków dostrzegamy u nas samych. Postanowień, których nie zrealizowaliśmy. Ludzi, których zaniedbaliśmy lub którzy po prostu odeszli. Wyzwań, których nie podjęliśmy. Czasu, który zmarnowaliśmy. Dużo tego, prawda? Dzisiaj mam dla Ciebie propozycję- odwróć klepsydrę, przesyp piasek jeszcze raz, popatrz na życie z wdzięcznością. Ziarenka będą przesypywać się dokładnie w tym samym tempie, ich kolor czy struktura także nie ulegnie zmianie. A jednak uwierzcie mi - słowo wdzięczność może stać się dla Was synonimem rewolucji. Bądź wdzięczny za ciepło każdej dłoni, którą przyszło ci serdecznie uścisnąć, za uśmiech choćby przez łzy. Za łzy też bądź wdzięczny – być może gdyby nie one, Twoje serce dawno byłoby już zupełnie nieczułe.

      Stojąc w kolejce bądź wdzięczny za niespodziewaną chwilę wytchnienia, czekając na pociąg dziękuj, że masz do kogo jechać, pakując prezenty, sprzątając, gotując i nakrywając do stołu bądź wdzięczny, że wciąż komuś jesteś potrzebny, jesteś cenny, jesteś piękny.

      W jednym z ostatnich wywiadów papież Franciszek zauważa, że nadzieja i czułość Bożego Narodzenia mogą nas uleczyć z obojętności. Nadzieja i czułość to absolutne przeciwieństwo samotności. A my przecież tak często czujemy się samotni. Targujemy się o emocje. Chodzimy wyboistymi ścieżkami, by znaleźć czyjąś obecność. Jesteśmy żebrakami uczuć. Szukamy gwiazdy na niebie, ale nieustannie patrzymy tylko pod nogi, by się nie potknąć. Podnieś wzrok, popatrz. Bądź odważny, pozwól sobie na bezbronność. Bądź życzliwy. Każdy nieznajomy może się okazać bliskim, którego szukasz po omacku. Nie żyj uprzedzeniami, żyj teraz.

       

      Żeby móc doświadczyć cudownych, magicznych rzeczy, trzeba w nie najpierw uwierzyć. Widzimy dokładnie tak, jak patrzymy. Jeśli w Twoim sercu będzie tylko żal i rozczarowanie, z choinki zobaczysz tylko sypiące się igły, które trzeba posprzątać, od kolęd rozboli Cię głowa a od karpia żołądek. A mogło być tak pięknie…. Hola, hola, jeszcze może być pięknie!

       

       

      Świąt prawdziwie przeżytych!  

       

       Zapraszam na: www.facebook.com/KolacjaZCzeslawemInspiracje

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Może być inaczej!”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      slowikjustyna
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 23 grudnia 2013 15:34
  • środa, 18 grudnia 2013
    • prezent dla kogoś, kto ma już "wszystko"

      -Co można dać komuś, kto już wszystko ma? – zagadnęła mnie dzisiaj starsza pani w sklepie

      (Obydwie dzieliłyśmy los przedświątecznych zakupów, czy jak mówią hekatomby)

      -To dla kogoś bliskiego?- zapytałam

      -Tak

      -To może warto zadzwonić, zapytać co słychać i wtedy trafi się na jakąś podpowiedź?

      -Proszę Pani, zadzwonić? Ja na to zupełnie nie mam czasu!

      W ostatnich dniach widziałam tysiące pomysłów na prezent. Jeden pan ciągnął odkurzacz przez centrum handlowe, myślałam, że do samochodu, a on poszedł prosto do punktu pakowania prezentów.

       

      Prezenty mówią bardzo dużo o dającym. Jeszcze więcej o obdarowanym. Nie zakładam, że ktoś naprawdę marzy o odkurzaczu (albo jego/jej podłoga marzy:) Znam osobę, która zawsze, gdy ktoś się jej pytał, co chciałaby dostać na prezent, odpowiadała – cokolwiek. I stało się – pewnego razu dostała ogromne, imponująco wyglądające pudełko – ach, co to była za ekscytacja, oczekiwanie. Kokarda się rozwiązuje, a w środku pusto, tylko na dnie kartka z napisem „cokolwiek”. Moje osobiste brawa dla obdarowującego – cudowna sugestia, mimo, że bez łez się nie obyło.

      (A propos: Sama nie jestem najlepszym przykładem przyjmowania prezentów, które nie do końca są w moim stylu, ale robię duże postępy. Pamiętam, jak kiedyś rozpętałam rodzinną (świąteczną) burzę – odpakowałam prezent, zrobiłam minę pod tytułem ”coooo????”, dodałam na głos „to naprawdę mój prezent?!” i zaczęło się. W ciągu emocjonalnej dyskusji wydało się kto planował, kto wydawał, kto się dokładał, a kto się wykręcał. I choć kocham moją emocjonalną rodzinkę rodem z włoskiego serialu, wolałabym uniknąć podobnej sytuacji:)

      Dobry prezent może być jak wiadomość. Świetny sposób na okazanie czułości w naszym zabieganym, szalonym świecie. Może w tym roku zamiast kupować jeden „wypasiony” kubek warto kupić dwa skromniejsze, ale za to z dołączoną karteczką „ Zróbmy to razem!”. Do pachnącej świecy możemy dołączyć karteczkę „W świetle świec bardzo Ci do twarzy”. Albo do szalika „Kiedy nie ogrzewają Cię moje ramiona( oby nie był potrzebny zbyt często)”. (romantycznie, wiem, ale kto tego nie lubi?). Zachęcam Was, piszcie kartki, niech prezenty przestaną być wreszcie anonimowe, pozbawione tego ładunku ciepła i uczuć, które mogą w sobie nieść.

       

      Czasem tak trudno kupić prezent. Być może właśnie tak, jak ta kobieta, którą spotkałam w sklepie chciała albo musiała to zrobić, ale tak mało wiedziała o tej „bliskiej” osobie. Zauważyliście, że kiedy po wigilijnej wieczerzy, po pasterce i śpiewaniu kolęd kładziemy się spać, niewielu z nas myśli o materialnych podarunkach. Z wdzięcznością wspominamy wtedy słowa, gesty, uśmiechnięte twarze i wyjątkowe uniesienia, momenty, kiedy serce szybciej zabiło. To one tworzą nasze życie. Umiejętność tracenia czasu dla drugiej osoby - to chyba najcenniejszy prezent w dzisiejszych czasach. 

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „prezent dla kogoś, kto ma już "wszystko"”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      slowikjustyna
      Czas publikacji:
      środa, 18 grudnia 2013 00:23
  • piątek, 13 grudnia 2013
    • List grudniowy.

      Jesteście tam jeszcze? Mam nadzieję, że jesteście. Myślę o Was częściej niż to widać na blogu.

      Postanowiłam napisać do Was list.

      (Jak do przyjaciela, który może być daleko, choć tak bardzo blisko. Jak do kogoś, kto rozumie tak wiele, że słowa można ograniczyć do pięknej prostoty.) Myślę dzisiaj o wzburzonym morzu. Fale uderzają o brzeg, wiatr pędzi sobie tylko znaną drogą, a granat co rusz wpada w objęcia błękitu, by za chwilę oddać się namiętnością szarości i bieli. Stoję na brzegu i myślę o życiu. Już samo to słowo jest jak wzburzone morze, raz spokojne i łaskawe, innym razem złowrogo obce.

      Wiele razy w ostatnim czasie zastanawiałam się czy życie, podobnie jak morze jest w stanie zmienić żeglarza, który przecież jest z nim „za pan brat”, czy może go przestraszyć? Zaskoczyć zmiennością niespodziewaną, bo zbudowaną tak naprawdę z rzeczy, które dobrze znamy?

      Wielu z Was pisało do mnie piękne wiadomości. Pytało o Czesława i „jego przyszłość”. Sama dużo o nim myślałam. A jednak czas, który jest już za mną był jak wzburzone morze. Wdzierał się w spokojne zatoki, czasem przestraszył, by rankiem wyrzucić na brzeg imponujące bursztyny i muszelki. Czas, który zmienia. Wewnątrz i wokół.

      Kiedyś powiedziałabym, że czuję się silniejsza. Dzisiaj powiem Wam, że dzięki temu nauczyłam się o tę siłę walczyć. Przypomniało mi się niedawno pewne spotkanie sprzed lat. Tuż po maturze wyjechałam z przyjaciółkami nad morze. Cudowny czas beztroskich myśli i frywolnej zabawy do rana. Czekając na swoje towarzyszki gdzieś przy molo usiadłam na ławce obok starszego pana. Wyglądał na osobę bezdomną, choć w jego oczach było widać dużo dostojeństwa i spokoju. Jadł kiełbaskę, którą zagryzał bułką. Swoim (nieznośnym!) zwyczajem zagadnęłam do niego i zaczęła się prawie godzinna rozmowa. Pan marynarz (ach ci marynarze!) opowiadał mi o dalekich rejsach, mocnych trunkach i pięknych kobietach. Niestety w pewnym momencie życia wszystko zaczęło zmierzać w niespodziewanym kierunku. Wielu znajomych myślało, że pogubił się sam ze sobą, a on po prostu starał się utrzymać kurs podczas życiowego sztormu. Dzisiaj siedział na brzegu plaży, bez domu, bez bliskich i jadł śniadanko przyglądają się statkom i ludziom. Skąd w panu tyle siły? – zapytałam. Wiesz Kochanieńka - odpowiedział - gdy na morzu sztorm, marynarza może uratować tylko wewnętrzny spokój. A gdy po burzy okazuje się, że nie znasz kierunku, pozwól, by fale spokojnie zaprowadziły Cię do brzegu.

       

      Myślę, że nasze życie nie jest wybrakowane, przypadkowe. Ma w sobie dokładnie tyle, ile potrzebujemy – czasu, możliwości i szans. Wielu z nas szuka często alternatywy, mówiąc, że żyją w niewłaściwym miejscu, czasie, marnując tak naprawdę możliwości, które mają. Oczywiście, mnie też nie jest czasem łatwo pogodzić się z faktem, że nie wyglądam jak młoda Sophia Loren, choć bardzo bym chciała. Zdarza mi się zakręcić wokół własnej osi. Spotkać na swojej drodze niewłaściwą osobę, pójść nie w tym kierunku i zmagać się z tym bardzo długo. Życie uczy mnie jednak, że jeśli robisz coś na siłę, wkładasz w to niezdrowo dużo energii a mimo wszystko coś jest nie tak, oznacza to, że obrałeś zły kurs. Płyniesz pięknym statkiem, rozwinąłeś żagle ale nie zwracasz uwagi na wiatr, z którym możesz się bezskutecznie zmagać lub który może dać Ci siłę i moc. Jak ten bezdomny marynarz, który pozornie nieszczęśliwy ma w sobie więcej zgody na życie niż niejeden z nas. Zajada szczęśliwie kiełbaskę na brzegu. Jest wolny.

       

      Za biurkiem w pracy popijam earl greya. W korytarzu ustawili przed chwila choinkę. Prawie wszyscy na świątecznych spotkaniach, delegacjach. Cicho, pięknie, czekam na śnieg – obiecał, że spadnie na Święta. A ja Wam obiecuję, że Czesław czuwa – może trochę inny, zmieniony, zaganiany czasem skrobnie coś niepoprawnie. Chyba jednak nie potrafi bez Was żyć.

      Całuję.

      Wasza J. (znana jako Kolacja z Czesławem)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      slowikjustyna
      Czas publikacji:
      piątek, 13 grudnia 2013 13:01
  • wtorek, 09 lipca 2013
    • W drodze do pracy, uśmiecham się uprzejmie.

      Zdarza się, że nazywają mnie feministką. Chrześcijanką- feministką. To brzmi jak palić papieroska przed kościołem. A chodzi chyba o zupełnie coś innego...

      Za mną dzień z cyklu: tutaj kończy się pewien etap życia, zaczyna nowy, nie można zawalić. Tak, panikowałam strasznie. I wtedy mój przyjaciel (Panie, błogosław moim przyjaciołom) powiedział: „Spokojnie, Życie jest piękne!” I wiecie co? Miał rację! Miał cholerka rację. Życie jest piękne, bo możesz (nie musisz) się z czymś zmagać, odnosić sukcesy i porażki. Gdy wyznaczyłeś sobie jakiś cel, którego naprawdę pragniesz i masz siłę i okazję, by do niego dążyć.

       

      Nie mam recepty na szczęśliwe życie. Czasem szukam po omacku, boję się, uciekam. I, chyba jak każdą kobietę, z równowagi potrafi wyprowadzić mnie najmniejszy szczegół, nawet ten nieistotny. Ostatnio pewien nastolatek zapytał mnie, co oznacza dla mnie „odnieść sukces”? „Odnieść sukces, czyli być szczęśliwym, tak?” – zapytałam. „nie… odnieść sukces, czyli zrobić karierę i być bogatym”- doprecyzował z wyraźnym rozczarowaniem. Wychodzi na to, że sukces nie zawsze oznacza szczęście. I vice versa.

       

       

      A ja myślę, że największą kasę można zarobić na własnych marzeniach. Tak, wiem, zaraz podniosą się głosy malkontentów narzekających na brak perspektyw rozwoju gospodarczego, trudny start, bezrobocie. Ok, czasem jest trudno ( i wiem, co mówię, w swoim życiu pracowałam już w barze wietnamskim, katalogując książki w ciemnym, piwnicznym archiwum, ogarniając 7 dzieciaków…). Ale wiem też, że nie ma silniejszej motywacji niż przekonanie, że to, gdzie się właśnie jest, co się robi (i z kim!) nie jest tylko kwestią jakiegoś przypadku.


       

      Pamiętam moment, kiedy napisałam pierwszy w swoim życiu artykuł. Fascynowały mnie słowa, które można było układać w dowolnej kolejności, tworząc ciąg myśli. Tak naprawdę, tylko jeden mógł być właściwy. Trzeba go było odnaleźć, najpierw w umyśle, potem w stylu pisania. Poszukać narzędzi i środków. Pokornie przyjąć porażkę i dopuścić do siebie krytykę innych. Dla mnie ten moment, gdy siadałam do nowego tekstu, który miał pojawić się na pustej kartce, był czymś na wzór nabożeństwa. Nagle uświadamiałam sobie, że moje dzieciństwo, młodość, szalone pomysły i pokonywanie trudności kierowały mnie dokładnie do tego miejsca. Jakby przygotowywały do niego. Nie jest to tylko moje odczucie. Mam znajomego, który opowiadał mi, jak ciężko było mu na studiach medycznych, ile razy próbował się na nie dostać, by później przeżywać wiele poprawek i ponosić liczne ofiary ( towarzyskie, emocjonalne, zdrowotne…). „Ale zmagałem się, jakby nakręcany wewnętrzną siłą. I wiesz co? Gdy pierwszy raz stanąłem przy stole operacyjnym czułem, jak krew płynie mi w tętnicach, jak myśli krążą w moim umyśle. I łzy leciały mi po policzku z tych wszystkich emocji, ze wzruszenia”.

       

       

      Słuchanie „wewnętrznej siły” wymaga pewnej odwagi. Zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie miał „lepszy” pomysł na was samych. I na wasze życie. Co więcej, napiszą Wam o tym nawet w porannej gazecie, przedstawiając rankingi najpotrzebniejszych zawodów ( notka osobista: przestałam czytać poranną prasę. Mam swoje rytuały i walczę o nie jak lwica. Jeśli wybrałam dokładnie taką kawę, jaką właśnie mam w filiżance, to, na litość, nie próbujcie mnie przekonać, że ta pani na obrazku w gazecie jest ode mnie ładniejsza, szczęśliwsza i w ogóle, bo wybrała inną kawę. Te wszystkie możliwości i wątpliwości odbierają mi przyjemność płynącą z prostych wyborów i ich skutków). Rozmowy z bliskimi mogą nam pomóc, są trochę jak przeglądanie się w lustrze. Łatwo się jednak dać zagłuszyć, przestraszyć. Tak, przestraszyć: „jeśli teraz tego nie osiągniesz, nikt nie będzie cię uważał za człowieka sukcesu”, „ a co, jeśli nie będziesz miał co włożyć do garnka?”, „przestań wybrzydzać, bo zostaniesz starą panną” itd.  

       

       

      No dobrze, napiszę Wam moją „receptę”. Ale potem Wasza kolej, ok? (Choćbyście mieli ją schować na dno szuflady, żeby nikt jej przypadkiem nie przeczytał):

      1. Rozmawiaj ze sobą. SZCZERZE. Nie mów: jestem smutna, bo nikt mnie nie kocha. Mów: jestem wkurzona, smutna, rozżalona, bo zarzucam sobie wiele rzeczy, ale jestem zbyt leniwa, by je zmienić. I te kompleksy nie pozwalają mi budować relacji.
      2. Traktuj siebie jak swojego przyjaciela, a nie wroga.
      3. Nie bój się samotności. Każda relacja to oddawanie części siebie. Zastanów się, czy to coś prawdziwego, czy tylko wzajemna wymiana handlowa, na którą się godzisz. Nie nazywaj byle czego miłością.
      4. Zbuduj swoje życie na swoich (zrealizowanych) pragnieniach. Każdy czuje w sobie jakiś talent, umiejętność. Taki dar od Stwórcy, który czeka na to, by się rozwinąć. Niektórzy zakopują go głęboko. A inni biorą się z nim pod boki. Pan Bóg sprzyja odważnym marzycielom!
      5. Słuchaj, próbuj, zmagaj się.
      6. Miej odwagę przyznać się, że czegoś nie wiesz, nie umiesz. I zaraz potem przekonaj innych, że naprawdę warto Cię tego nauczyć. Nikt nie odmawia zapalonym szaleńcom, zakład?
      7. Miej czas myśleć. Rozmyślać. O tym co było i jaki ma to wpływ na to, kim teraz jesteś. O tym, co jest i jaki ma wpływ na to, co teraz czujesz. O tym, co planujesz, i jaki ma to wpływ na to, co teraz robisz.
      8. Nie rób rzeczy, które potem będziesz musiał przed kimś ukrywać.
      9. Dbaj o siebie. ( karteczki z takim napisem powiesiłam sobie kiedyś na szafie, w łazience, na lodówce. Nic więcej nie powiem, sami spróbujcie)

      Ot, moje feministyczne rozważania.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „W drodze do pracy, uśmiecham się uprzejmie.”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      slowikjustyna
      Czas publikacji:
      wtorek, 09 lipca 2013 08:58
  • poniedziałek, 29 kwietnia 2013
    • okna w metrze, kubek kobieckiej kawy, wracam.

      Niezbyt przepadam za jazdą metrem. Dla mnie to miejsce pełne paradoksów. Siedzenia ustawione przodem do siebie - przestrzeń stworzona do komunikacji. A jednak, większość wykorzystuje te kilkanaście minut jazdy na słuchanie muzyki lub czytanie książek. Okropną ciszę uwypukla świst pędzących wagonów. W metrze zdaje się również panować niepisany regulamin – żadnych zachowań wykraczających poza nijakość. Jedziemy, wysiadamy, jedziemy, wysiadamy… Z metra należy uwalniać się krokiem przyspieszonym, niezbyt chaotycznym. Na świat prowadzą schody, które właściwie jeżdżą. I biada, gdybyś zapomniał, że w parze się na nich nie stoi, tylko lewa strona.

      

       

      Ostatnio, gdy jechałam metrem, wsiadł do wagonu mały chłopiec z burzą loków i rezolutną miną. Wskoczył na wolne siedzenie i popatrzył za okno. „Mamo, tu nic nie widać”. Wzrok pasażerów suszących swe parasolki pod stopami skierował się teraz w jego stronę. „… tu nawet deszcz nie pada!” dodał rozżalony. Siedząca obok starsza pani zaczęła zagadywać smutnego blondynka, szukając tematu do rozmowy. „Masz piękne czerwone kalosze” powiedziała do niego. „Pasują do parasolki” zaraz dodała. Chłopiec, początkowo nieśmiało, zaczął odpowiadać na jej słowa i tak nawiązała się rozmowa. Na twarzach wielu pasażerów pojawił się uśmiech, inni zaczęli przyglądać się kaloszom, jeszcze inni wyraźnie ożyli.

       

      Czasem w życiu jak w metrze. Cieszymy się, że uciekliśmy przed deszczem, że szybko gdzieś przejedziemy, omijając zakorkowane ulice. I jedziemy… bezmyślnie, szaro – buro, smutno. Albo, jak kto woli: niezauważalnie i bezproblemowo. Przyczyn jest kilka. Pierwsza to wszystkie nasze demony. Tak o nich mówię, nie wiem, czy Wam się podoba. Jeden z nich mówi: zobacz, masz to i tamto, tak długo do tego dochodziłeś, a przez jedną odważną decyzję możesz wszystko stracić. W skrócie: nie wychylaj się zbytnio, bo może być gorzej. Nie mów zbyt odważnych słów, bo ktoś źle Cię zrozumie. Nie zakładaj szalonych butów, bo ktoś pomyśli, że jesteś śmieszna. Jeszcze inny potworek to taki, który siedzi na kanapie, wcina chipsy i mówi: skoro jestem gruba, to po co się odchudzać. Albo nad bałaganem w głowie, szafie, szkole i mówi: skoro jeszcze tego nie zrobiłam, to po co to w ogóle robić, albo: skoro już wszyscy myślą, że jestem taka, to po co pokazywać, że jest inaczej...

      

       

      (Okiem wiedźmy z życia wzięte.) Trafiłam kiedyś nieopatrznie na ‘zlot singielek’. Większość z nich zachowywała się jak niezależne bizneswoman z jasnym sygnałem dla otoczenia - jest mi wspaniale, ale jak się trafi mężczyzna, jakoś znajdę dla niego miejsce. W gruncie rzeczy wszystkie były zafiksowane na punkcie swojej samotności. Swoją sytuację postrzegały oczywiście z perspektywy cudownej przyszłości, która je czeka u boku wyśnionego mężczyzny. Tak, tak, przeżywały teraźniejszość z perspektywy przyszłości. Paradoks, nie sądzicie? Miały plany, jakie będą z nich podróżniczki i kucharki, tancerki i inteligentki, gdy obok pojawi się męskie ramie. A teraz?- dopytywałam. Co z wakacjami, co u Was ciekawego, co czytałyście ostatnio? Podniosły zaskoczone pytaniem oczy znad kupionych ciastek. Tak, wiem, nie kończcie – teraz siedzicie na zlocie singielek. 

       

       

      Tak, pastwię się nad zasiedziałymi w kapciuszkach singielkami. I nad takimi, które biegną szybko do domu, by obejrzeć serial z ulubionym aktorem. I nad takimi, które już planują zakup 8 kotów na staropanieńskie czasy. Pastwię się, bo doskonale je rozumiem. Za doskonale. I mówię Wam dziewczyny – dość. Nie jeździmy mentalnym metrem, w którym co prawda deszcz nie pada i omija się korki, ale co to za widoki za szybką? Nie zanurzamy się w nasze komfortowe słuchawki czy książeczkę. Ekscytujące życie jest całkiem gdzie indziej. Mówię Wam… wiosna!

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „okna w metrze, kubek kobieckiej kawy, wracam. ”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      slowikjustyna
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 29 kwietnia 2013 18:35